Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Homosłowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Homosłowo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2011

Związki partnerskie obowiązkowe

- Nasza koalicja, rząd, instytucje życia publicznego, państwo nie jest od tego, aby przeprowadzać obyczajową rewolucję - mówił w exposé premier. - Z konstytucji wynika zobowiązanie, by państwo uregulowało związki osób, które nie mogą zawrzeć małżeństwa - ocenia prof. Mirosław Wyrzykowski.
Rozmowa z Prof. Mirosławem Wyrzykowskim, kierownikiem Zakładu Praw Człowieka na Wydziale Prawa UW

Ewa Siedlecka: W specjalnym zespole nad nową ustawą o związkach partnerskich pracują prawnicy z SLD, Ruchu Palikota i organizacji działających na rzecz praw mniejszości seksualnych. Propozycje mają pokazać na początku grudnia. Tymczasem Sąd Najwyższy, oceniając dla Sejmu poprzedni taki projekt, stwierdził: "Instytucjonalizacja związku partnerskiego osób tej samej lub różnej płci pozostających we wspólnym pożyciu i przyznanie im większości (a tym bardziej wszystkich) przywilejów zastrzeżonych dla małżonków jest niedopuszczalna w świetle art. 18 konstytucji". Ten artykuł mówi, że "małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo i znajdują się pod ochroną i opieką państwa".

Prof. Mirosław Wyrzykowski: Wobec związków osób tej samej płci to stanowisko nie ma konstytucyjnego uzasadnienia. W konstytucji nie ma zakazu uregulowania innych niż małżeństwo związków, a także stanowisko SN nie zawiera wywodu, który dowodziłby, że taki zakaz jest.

Sąd wywodzi, że skoro art. 18 jest w części ustrojowej konstytucji, to znaczy, że małżeństwo jest wartością wyższą od pozostałych praw. A skoro wymienia się je przed "rodziną", to jest to "wyrazem wyboru aksjologicznego dokonanego świadomie w celu zagwarantowania modelu małżeństwa i rodziny, który można w uproszczeniu nazwać tradycyjnym". Z tego ma wynikać, że państwo powinno "zachęcać" do zawierania małżeństw. Jeśli stworzy alternatywę, to nie będzie "zachęcało".

- Wywód SN opiera się na przyjęciu założenia, którego konstytucja nie zawiera: że małżeństwo podlega "szczególnej ochronie". Tego ma dowodzić przytoczone przez panią rozumowanie. Tymczasem zgodnie z konstytucją małżeństwo czy rodzina znajdują się jedynie "pod ochroną i opieką RP". "Specjalną opieką" RP otacza jedynie weteranów walk o niepodległość, zwłaszcza inwalidów wojennych.

Zresztą sąd nie wskazuje, w jaki sposób uregulowanie innych form związków między ludźmi godziłoby w status małżeństwa. Instytucji małżeństwa nie może zagrażać instytucja adresowana do osób, które małżeństwa zawrzeć nie mogą. Związek partnerski nie pozbawi małżeństwa jakiegokolwiek przywileju ani nie obniży poziomu jego ochrony. Bo czy np. ustanowienie równości w prawie do dziedziczenia między partnerami w jakikolwiek sposób zmieni prawo do dziedziczenia między małżonkami? Oczywiście nie.


Czy z tego, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny jest "pod ochroną i opieką państwa", wynika, że inne związki nie mogą być pod "ochroną i opieką"?

- Z konstytucji wynika co najwyżej, że takie związki nie mogą nazywać się "małżeństwem" oraz że nie mogą być z nim identyczne pod względem regulacji prawnej. Nie można tego rozumieć jako zakazu ochrony i opieki dla innych form bycia ludzi ze sobą ani jako zakazu regulacji zbliżonej do małżeństwa.

Wzorem dla związków partnerskich może i powinno być małżeństwo. Bo jaka jest alternatywa? Spółka cywilna?

Więcej: z konstytucji wynika zobowiązanie, by państwo uregulowało związki osób, które nie mogą zawrzeć małżeństwa. Osoby te na równi z innymi są adresatami norm konstytucyjnych. Mają prawo do poszanowania godności, równości, prywatności i wolności. Z tego wynikają obowiązki dla ustawodawcy.

Sytuacja, gdy nie ureguluje on związków partnerskich, stawia pod znakiem zapytania istotę konstytucyjnego prawa do swobodnego, bez dyskryminacji, kształtowania życia prywatnego i rodzinnego. To prawo w stosunku do pewnej części obywateli nie będzie realizowane, jeśli nie będzie prawnie uregulowane.

O ile brak prawa do legalizacji związku ludzi, którzy nie mogą zawrzeć małżeństwa jest dyskryminacją, o tyle nie jest dyskryminacją małżeństwa przyznanie ochrony prawnej związkom partnerskim.

Państwo neutralne światopoglądowo nie może ograniczać regulacji do jednego modelu związku. Podstawą działania władzy publicznej jest konstytucja, a nie zapatrywania moralne czy religijne.

SN argumentuje, że przyznanie przywilejów, np. podatkowych, związkom partnerskim jest dyskryminacją związków nieopartych na więzi seksualnej, np. rodzeństwa prowadzącego wspólne gospodarstwo domowe i otaczającego się wzajemną opieką czy dorosłego dziecka mieszkającego z rodzicami i opiekującego się nimi. Wskazuje, że brak możliwości zaistnienia więzi seksualnej nie jest wystarczającą różnicą, by tym drugim nie przyznać tych samych przywilejów co związkom partnerskim.

- To już wybór ustawodawcy, komu i na jakich warunkach przyznać przywileje czy ulgi. Konstytucja nie zakazuje przyznania prawa do wspólnego rozliczania się wszystkim związkom żyjącym we wspólnym gospodarstwie domowym.

Sąd mówi, że konstytucja sprzeciwia się przyznaniu związkom "większości uprawnień małżeństw". Niedawno Małgorzata Kidawa-Błońska zadeklarowała, że PO poprze związki, ale bez "przywilejów". Czy związki "bez przywilejów" mają jakiś sen?

- Związki partnerskie mają być realizacją konstytucyjnych praw osób, które nie mogą zawrzeć małżeństwa. Dlatego jeżeli nie będzie woli przyznania im większości uprawnień, to nie ma sensu rozmowa o związkach partnerskich.

Osoby homoseksualne, dążąc do legalizacji związku, poszukują modelu, który będzie możliwie najbliższy instytucji małżeństwa, bo ta jest dla nich wzorcem i punktem odniesienia dla równego traktowania. Nie ma w tym zagrożenia dla instytucji małżeństwa. Przeciwnie: pokazuje to, jak wysoko małżeństwo stoi w hierarchii wartości.

Konstytucja stanowi, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Wobec części obywateli ta zasada konstytucyjna nie jest realizowana z powodu poglądów ukształtowanych w zupełnie innych warunkach społecznych, cywilizacyjnych i prawnych. Z powodu uprzedzeń, opinii wypowiadanych przez przedstawicieli Kościołów, przekonań moralnych władzy. Takie przekonania nie mogą stanowić uzasadnienia do nierównego traktowania obywateli w realizacji tych samych potrzeb i praw.

W zgodzie z konstytucją można by odmówić legalizacji związków partnerskich, jedynie uznając, że homoseksualizm jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, porządku, moralności czy zdrowia publicznego albo praw i wolności innych osób. Konstytucja tylko z takich względów pozwala ograniczać zawarte w niej prawa i wolności.

W stosunku do ustawy o związkach partnerskich podnoszono zarzut, że daje te same uprawnienia, jakie mają małżeństwa, ale nie nakłada na partnerów żadnych wzajemnych obowiązków. Np. obowiązku alimentacji, jeśli porzuca się partnera, zostawiając go w trudnym położeniu materialnym. Mówiono też, że nie ma żadnych gwarancji trwałości związku partnerskiego: można partnera po prostu porzucić i związek jest po miesiącu rozwiązany.

- Związki partnerskie powinny mieć silne gwarancje trwałości. Np. jeśli nie ma zgodnej woli rozwiązania, to do prawnego wygaśnięcia związku w wyniku jednostronnego oświadczenia trzeba by upływu np. co najmniej roku.

Pomysł powiązania prawa do wspólnego opodatkowania ze zobowiązaniem do alimentacji też jest dobry. Ma to być instytucja podobna do małżeństwa, więc musi być w niej element trwałości i wzajemnej odpowiedzialności.

Podnosi się argument, że jeśli da się związkom partnerskim przywileje podatkowe, to państwo nie będzie miało jak kształtować polityki prorodzinnej.

- Rodzina to także rodzina jednopłciowa - spełnia te same funkcje: wspólne pożycie, opieka, wsparcie, szczęście. W związkach jednopłciowych nie jest zazwyczaj realizowana funkcja prokreacyjna, ale ona nie jest dziś uznawana za cechę substancjalną rodziny. To cecha ważna, ale niekonieczna. Jeśli państwu zależy na promowaniu prokreacji, to są ulgi na dzieci, regulacja zapłodnienia in vitro itd.

Uregulowanie związków partnerskich stanowiących rodzinę nie będzie więc przeszkodą dla kształtowania polityki prorodzinnej także wobec dotychczasowych form rodziny.

wtorek, 5 lipca 2011

Prorodzinie

Nie ma bardziej 'prorodzinnego' stanowiska niż chęć rozszerzenia wartości rodziny na tych wszystkich, którzy ją szanują, a którym prawo na razie odmawia tego dobrodziejstwa.

Jakie procesy myślowe, poza impulsem każącym na wszelki wypadek wołać 'nie' na wszystko, co nowe, prowadzą niektórych publicystów, polityków i prawników do tezy, że uznanie małżeństw homoseksualnych stanowi zagrożenie dla tradycyjnej rodziny?

Celowo piszę o 'małżeństwach homoseksualnych', choć na porządku dziennym staje dziś w Polsce tylko sprawa związków partnerskich zarówno homo-, jak i heteroseksualnych. Ale chciałbym iść dalej - interesuje mnie opór naszych konserwatystów wobec wszelkiej legalizacji relacji homoseksualnych czy to w łagodnej wersji (związków partnerskich), czy w wersji silniejszej - małżeństw jednopłciowych.

Wiem, że ustawa zaproponowana przez SLD tylko marginalnie dotyczy związków partnerskich tej samej płci. Jej statystycznie głównymi beneficjentami byliby ludzie żyjący w związkach niemałżeńskich, którzy nie mogą lub nie chcą zawierać małżeństwa. I histeryczna reakcja konserwatystów, ignorująca ów niehomoseksualny wymiar proponowanej ustawy, jest tyleż przewidywalna, co bezmyślna - dopatrują się zamachu na rodzinę w propozycji tak łagodnej i umiarkowanej, że w wielu krajach Europy i w wielu stanach amerykańskich jest już normą. Ale nie u nas.

Demolka małżeństwa?

'Jaki sens ma podważanie statusu małżeństwa - a jest ich dziś w Polsce 9 mln - po to, by wzmocnić uprawnienia kilkudziesięciu tysięcy nieformalnych związków?' - pyta red. Marek Domagalski i z aprobatą cytuje słowa adwokata Jerzego Naumanna: 'Konsekwencją takiej nowelizacji byłoby nie tyle sformalizowanie konkubinatu, ile bardzo poważne zdeprecjonowanie małżeństwa, które jest elementem ładu społecznego' ('Przedwyborcza demolka małżeństwa', 'Rzeczpospolita', 7 czerwca). Ale jak sobie owi myśliciele wyobrażają związek przyczynowo-skutkowy między uznaniem związków partnerskich (lub idąc dalej - małżeństw homoseksualnych) a zdeprecjonowaniem roli rodziny, gdzie mamusia plus tatuś plus dwójka dzieci?

Osobliwością dyskursu konserwatywnego jest to, że owa teza o rzekomym podważeniu rodziny przez związki partnerskie zawsze pozostaje na poziomie wypowiadanego z poczuciem głębokiego przekonania dogmatu, ale nigdy nie jest wyjaśniona, a zatem funkcjonuje jako banał, tyle napuszony, co pusty. W istocie, nasi konserwatyści nie dostrzegają, że teza o deprecjonowaniu rodzin ich ośmiesza, bo oparta jest na niewyartykułowanych przesłankach, które im, konserwatystom, winny być całkowicie obce. Ta praca myślowa zdaje się jednak być ponad ich możliwości. Pomogę im.

Są dwie, jak mi się wydaje, możliwe interpretacje tezy o deprecjonowaniu małżeństwa tradycyjnego przez małżeństwa homoseksualne. Pierwsza interpretacja dotyczy symbolicznego znaczenia rozszerzenia definicji małżeństwa. Być może konserwatyści uważają, że takie rozszerzenie stanowi rodzaj 'rozmycia' symbolicznej wartości małżeństwa jako podstawy ładu społecznego. W istocie, tak właśnie pisze Domagalski: 'Status małżeństwa, które jest podstawą rodziny, zostałby rozmyty'.

Symboliczny kod

Ale dlaczego rozszerzenie jakiejś prawnej relacji miałoby prowadzić do osłabienia jej symbolicznej wartości? Argument symboliczny zdaje się prowadzić do wniosków wręcz przeciwnych. Fakt, że wielu ludzi, obecnie prawnie wykluczonych z dostępu do tego statusu, bardzo chciałoby uczestniczyć w pewnym ważnym kodzie kulturowym, jaki związany jest w naszej cywilizacji z pojęciem małżeństwa, jest hołdem oddanym tej instytucji, a nie jej podważeniem. Przecież nie muszą.

W wielu państwach związki partnerskie dają partnerom faktycznie te same uprawnienia, co małżonkom. A jednak małżeństwo ma pewne kulturowe konotacje: stanowi kapitał symboliczny, istotny w naszej kulturze, ważki może nie dla wszystkich, ale dla wielu. Jeśli ludzie dotychczas niemający dostępu do tego kapitału, chcieliby z niego skorzystać, świadczy to tylko o sile i żywotności tego kodu kulturowego. Rozszerzenie jego dobrodziejstw jest uznaniem i wzmocnieniem symbolicznej siły małżeństwa, a nie deprecjonowaniem.

Dlatego oczywistym nonsensem jest wypowiadana bezrefleksyjnie przez konserwatystów teza, jakoby postulat związków partnerskich (nie mówiąc już o małżeństwach homoseksualnych) miał charakter 'antyrodzinny'. Socjolog i były senator PiS-u Antoni Szymański, pisząc o 'zwalczaniu rodziny' przez 'środowiska antyrodzinne', tak definiuje niecne zamiary tych środowisk: 'Małżeństwo mężczyzny i kobiety nie może być - ich zdaniem - niczym szczególnym i dlatego zabiegają o legalizację tzw. związków partnerskich osób tej samej płci' ('Rzeczpospolita', 28 czerwca).

W istocie jest dokładnie na odwrót. Gdyby osoby pozostające w związkach jednopłciowych rzeczywiście tak nienawidziły rodziny, jak sugeruje to Szymański i inni rzekomi 'obrońcy rodziny', to dlaczego zależałoby im na przyjęciu rodzinnego kształtu dla swojego związku? W samej rzeczy, nie ma bardziej 'prorodzinnego' stanowiska niż zamiar rozszerzenia kulturowej wartości rodziny na tych wszystkich, którzy ją poważają, a którym prawo dotychczas odmawia tego dobrodziejstwa.

Wysysanie małżonków?

Druga interpretacja tezy o 'osłabieniu rodziny' przez dopuszczenie małżeństw homoseksualnych (lub choćby tylko związków partnerskich) jest jeszcze bardziej osobliwa. Konserwatyści najwyraźniej przypuszczają, że w wyniku umożliwienia usankcjonowanych prawnie związków jednopłciowych, tradycyjne małżeństwo heteroseksualne w jakiś sposób straci na swej atrakcyjności, a przez to będzie takich małżeństw coraz mniej, a te, które już są, będą mniej trwałe.

Jest to teza już nie symboliczna, ale - nazwijmy ją tak - empiryczna. Małżeństwo tradycyjne jest zagrożone faktem dopuszczenia małżeństw homoseksualnych - twierdzą stale krytycy związków partnerskich i małżeństw homoseksualnych. Jak inaczej rozumieć stale powtarzaną mantrę, że związki partnerskie i małżeństwa homoseksualne to zagrożenie dla rodziny tradycyjnej?

Niewypowiedzianą, ale konieczną przesłanką takiej prognozy jest uznanie, że siłą małżeństwa heteroseksualnego jest jego bezalternatywność - rodzina tradycyjna trzyma się dzięki temu, że małżonkowie nie mogą być 'wyssani' do innego typu związków. Gdyby więc mąż miał stworzone prawne możliwości zawarcia związku homoseksualnego, prawdopodobnie by z tego skwapliwie skorzystał, w ten sposób rozbijając swą dotychczasową rodzinę.

Idiotyzm takiego rozumowania jest oczywisty, gdy tylko się je wyartykułuje. Heteroseksualiści pozostają w związkach dwupłciowych nie dlatego, że nie mają innej legalnej możliwości, ale dlatego, że taka jest ich orientacja seksualna; homoseksualiści łączą się w pary nie dlatego, że prawo im na to zezwala, ale dlatego, że jest to zgodne z ich uczuciami i pragnieniami. To są rzeczy aż nadto oczywiste. Przekonanie, że gdyby tylko pozwolić, ludzie zaczną masowo uciekać w kierunku związków homoseksualnych, opierać się musi na obawie, dziwacznej u konserwatystów, że homoseksualizm jest orientacją dużo bardziej rozpowszechnioną, niż wskazywałyby na to statystyki tradycyjnych związków małżeńskich.

Brak wiary w rodzinę

Prawdziwie paradoksalna jest nieufność konserwatystów - niby rzeczników rodziny i małżeństwa - w siłę i prężność tradycyjnej rodziny. Silna rodzina nie potrzebuje braku alternatyw dla zachowania swej atrakcyjności, tak jak dobre państwo nie musi zamykać swych granic, by uniemożliwić emigrację. Tylko przyjmując bardzo pesymistyczną opinię o witalności rodziny tradycyjnej, konserwatywni krytycy związków partnerskich mogą przypuszczać, że będą one dla niej zagrożeniem.

Co ciekawe - te niewysłowione przesłanki argumentów 'obrońców rodziny' nie są przedmiotem dyskusji publicznej. Tymczasem często najlepszą krytyką jakiegoś stanowiska jest ukazanie absurdalności założeń, które - choć niewyartykułowane otwarcie - są niezbędną jego przesłanką, i które kompromitują tych, którzy to stanowisko wyrażają.

wtorek, 17 maja 2011

Damian Niebieski - Karpiem w Paradę Równości

Świętowanie bywa przyjemne, nawet wtedy, gdy nie do końca wiadomo, co się świętuje. Przykład? Proszę bardzo: Pierwsza Komunia – małe dzieci idą sobie ubrane jak aniołki i przystępują do świętego sakramentu, licząc w duchu na konsolę lub quada – jak pisała ostatnio Magdalena Środa. I nie ma w tym nic złego. Ja liczyłem na rower, a poziom religijności był u mnie wtedy równie głęboki, jak galareta robiona przez moją mamę. Wszyscy szli, szedłem i ja. Ze świętowaniem łączy się tradycja. Na Boże Narodzenie większość katolików je karpia, bo je. I nie obchodzą ich wymysły ekologów, że nie wolno nosić żywych karpi w reklamówce z marketu. Takie instrumentalne i bezduszne podejście do karpia, ma coś wspólnego z podejściem Polaków do innych – do osób, które głosu nie mają lub im się go odbiera. Traktowanie są z góry, co najwyżej z bezrefleksyjnym potakiwaniem głową.

Ale nie o jedzeniu będzie. Chyba. Parada Równości za pasem. Im dalej, tym mam coraz bardziej mieszane uczucia. Komitet Organizacyjny całkiem różnorodny, nieco kontrowersyjny, ale działa. Pojawił się nawet plakat z Żakliną. Chciałem go poprawić w paincie, ale okazało się, że brakuje mi zdolności graficznych. Pocieszyłem się, że nie tyko mi. Potem przeczytałem wypowiedź rzeczniczki, że: „Celem Parady Równości jest świętowanie i promowanie otwartości, tolerancji i równości. Na pewno nie jest nim walka związki partnerskie - choć wiele osób idzie właśnie, dlatego - tym, co nas zbiera 11 czerwca 2011 jest umiłowanie do tych trzech wartości a nie cel polityczny. W samym nawet Komitecie Organizacyjnym są osoby, które związkom są przeciwne, ale wspierają nadal te trzy wartości i dlatego idą w Paradzie Równości”. Odczułem wielką ulgę, że tak dobitnie powiedziano mi, że w Komitecie są osoby przeciwne związkom partnerskim. I, że nadal chcą uczestniczyć w marszu, to naprawdę budujące. Ale jeśli są przeciw związkom, to znaczy, że chcą małżeństw homoseksualnych? Jeśli tak, to chyba najbardziej otwarty, tolerancyjny i równy Komitet wszech czasów. Coś mi jednak podpowiada, że tak nie jest…

Świętowanie tych trzech wartości niebezpiecznie koresponduje z kpiną. Ja nie rozumiem, jak w kraju, gdzie osoby homoseksualne oficjalnie nie istnieją jako rodzina, która prowadzi gospodarstwo domowe; nie mogą przysposabiać i adoptować dzieci; dziedziczyć po swoim partnerze/partnerce; zawrzeć legalnego związku – można świętować takie wartości. To tak jakby, ktoś nam zrobił wielką łaskę, że w miarę bezpiecznie możemy funkcjonować w społeczeństwie. A my wdzięczni, z łezką w oku, prawie na mentalnych kolanach dziękujemy za dwadzieścia lat wolności. Że możemy być oficjalnym singlami. Powtarzam: Nie musimy dziękować! Nie bądźmy karpiami, załadowanymi do reklamówki przez polityków z napisem „Nie dotykać, nie kontaktować się”, którzy przypominają sobie o nas podczas kampanii wyborczych. I kiwają głowami w odpowiedzi na postulaty różnych organizacji, z których potem nic sobie nie robią.

Obawiam się, że organizatorzy Parady Równości tak mocno odżegnujący się od politycznego kontekstu pisząc kolokwialnie – odlecieli – bardzo, bardzo daleko. Rozumiem kontestujące postulaty, wyłamujące się manifesty, ale pozwolić sobie na to można dopiero, gdy już coś się osiągnie, poza bywaniem w modnych klubach, wśród kanapowej elity, która ma się tak do sytuacji Kasi i Basi z Suwałk, jak karp do ryby po grecku. No, nie da się. To nie przejdzie. Najpierw zrównajmy swoje prawa z heteroseksualną częścią społeczeństwa, później świętujmy nasze osiągnięcia. Nie na odwrót. Inaczej zacznie się robić groteskowo i śmiesznie, choć to śmiech przez łzy.
Na pocieszenie dodam, że Tatiana Okupnik dołączyła do Komitetu Honorowego. Jako słynna obrończyni gejów i lesbijek, znana w całej Europie – stanowi zaplecze honorowe parady. Szkoda, że polscy artyści oraz artystki otwarcie i bez poczucia zażenowania mówią o mniejszościach seksualnych, dopiero, gdy wyjadą na zachód i lizną trochę świata lub – gdy widzą w tym interes. Przecież można tu i teraz. Ale nie czepiam się. I naprawdę trzymam kciuki, żeby wszystko się udało. Bez ironii, ta nie przystoi przecież w tak ważnych sprawach.

Tymczasem odbył się pierwszy Marsz Równości w Łodzi. Marsz oprócz tego, że kolorowy i wesoły w porównaniu do smutnych panów z kontrmanifestacji, to jeszcze polityczny. Hasła mówią same za siebie: „My też płacimy podatki”, „Chcę mieć żonę”, „Związki Partnerskie Teraz”, „Prawa lesbijek i gejów prawami człowieka”. Druga strona nie była dłużna i niosła „Dwaj faceci nie mogą mieć dzieci”, „Łódź wolna od homo propagandy”. Czy ktoś tam świętował równość, tolerancję? Pewnie tak, ale nie odżegnywał się od politycznego aspektu. Czy wszyscy chcieli związków partnerskich albo małżeństw? Pewnie nie, ale nikt takiego transparentu nie niósł. Bynajmniej nie po stronie marszu równości.

Im bardziej polityczny jest marsz czy parada, tym mocniej przebija się do mediów i silniej prowokuje konserwatywne środowiska, które powtarzają się ze swoją argumentacją jak schabowy w Niedzielne popołudnie. Ciągle ten sam, tylko panierka bardziej przypalona. Zasada jest taka – im więcej postulatów środowiska mniejszości seksualnych w przestrzeni publicznej i w mediach, tym większa możliwość na ich wdrożenie. Niestety spotkania, debaty, wieczorki z książką organizowane gdzieś tam, po cichu – przyciągają osoby już przekonane. Nowych można policzyć na palcach jednej ręki. Nie oznacza, że nie trzeba ich organizować. Są potrzebne, podobnie jak marsze czy parady równości. Działanie wielokierunkowe, taka dywersyfikacja inicjatyw – ich form i treści, służą naszym sprawom, o ile nie wykluczają się wzajemnie. Bynajmniej nie w sytuacji, gdy jeszcze niczego nie wywalczyliśmy, oprócz możliwości organizowania się w taki czy inny sposób, a to naprawdę niewiele. Na pewno za mało by świętować.

Źródło: www.homiki.pl

sobota, 7 maja 2011

Helena Eilstein - Homoseksualizm. W zgodzie z naturą

Roztrząsanie zagadnienia zakresu tolerancji w stosunku do homoseksualistów samo w sobie jest dla nich krzywdzące. Zagadnienie to można rozważać np. w stosunku do używania narkotyków lub praktyki "lekkiego" bicia dzieci - czyli zachowań nagannych albo ludzkich przywar - ale nie w stosunku do stylu życia, który według ustaleń naukowych nie prowadzi do żadnych tendencji socjopatycznych czy psychopatycznych ani też do skłonności do chorób. Zdarza się wprawdzie, że nietolerancja zmusza homoseksualistów do wiązania się z osobami z marginesu społecznego, jednak związki takie są na ogół skutkiem nie jakichś niemoralnych skłonności homoseksualistów, lecz sytuacji zmuszającej ich do konspiracji. Tak było w przypadku genialnego uczonego Alana Turinga, który związał się ze złodziejaszkiem i ośmielił się poskarżyć policji, gdy został przezeń okradziony, co skończyło się doprowadzeniem przez władze państwowe tego naukowca - wielce zasłużonego dla brytyjskiego zwycięstwa nad hitlerowcami - do samobójstwa. Współczesne państwo w swych relacjach z obywatelami ma obowiązek być ślepe na ich orientację seksualną. Naganna jest też nieformalna dyskryminacja jakichś gremiów czy jednostek w stosunku do osób, których jedyną "przywarą" jest to, że nie ukrywają swojej orientacji seksualnej. Homoseksualistom uwłacza przekonanie, że w imię tradycyjnych w naszym społeczeństwie wymogów "przyzwoitości" powinni ukrywać swój styl życia, z wdzięcznością przyjmując to, że w razie dostosowania się do owych wymogów nie będą znieważani, poddawani przymusowej "terapii", pakowani do więzień ani kamienowani. Istnieją ważkie - socjologicznie, a ostatecznie biologicznie uwarunkowane - powody po temu, aby na forum publicznym przejawy seksualności ludzi podlegały pewnej dyskrecji. Wymóg takiej dyskrecji istnieje we wszystkich ludzkich społeczeństwach i wszystkich kulturach. Jednakże nie widać moralnie uzasadnionego powodu, by wymóg dys-krecji w naszym społeczeństwie obowiązywał bardziej homoseksualistów niż heteroseksualistów. Jeżeli heteroseksualistom wolno chodzić po ulicach, trzymając się za ręce, obejmować się i całować w miejscach publicznych, to nie ma powodu, by wzbraniać tego homoseksualistom. Panować tu powinna zasada równouprawnienia w ujawnianiu swoich stylów życiowych.

Wbrew naturze?

Nic też nie mają do rzeczy zarzuty, że homoseksualizm jest "nienaturalny". Zarzuty te odznaczają się żenującą mętnością, ponieważ nie wiadomo, co to znaczy "nienaturalny". Jak mogą w świecie fizycznym zachodzić zjawiska "nienaturalne"? Niezgodne z prawami natury? Przypuszczenie, że takie zjawiska w świecie zachodzą, jest absurdalne. Zarzut "nienaturalności" często opiera się na przekonaniu, że "naturalną" funkcją aktu płciowego jest prokreacja. Ten pogląd wynika z ignorancji. Prokreacja jest doniosłą, ale niejedyną funkcją aktu płciowego w szeregu populacji zwierzęcych. W przypadku Homo sapiens pewne zmiany fizjologiczne i psychiczne, które nastąpiły w toku ewolucji, umożliwiają pełnienie przez akt płciowy pewnych funkcji nader istotnych dla jednostki i populacji w sytuacjach, gdy prokreacja nie jest możliwa - np. w czasie okresowej bezpłodności kobiety. Funkcje te są zazwyczaj spełniane na bazie relacji heteroseksualnych - niekiedy jednak na bazie relacji homoseksualnych. Na marginesie: związki homoseksualne występują, o ile wiem, we wszystkich kulturach, niezależnie od tego, czy spotykają się w odnośnych społecznościach z dezaprobatą, obojętnością czy szacunkiem. Stwierdzono je też w populacjach zwierzęcych. Może ma to dla kogoś znaczenie w orzekaniu o tym, co jest "naturalne". Istotne jest tu jednak to, że wymóg powstrzymywania się od zachowań "nienaturalnych" - cokolwiek by to znaczyło - należy do szczególnego etosu pewnych ludzi w naszym społeczeństwie. Nie mają oni moralnego prawa domagać się od innych ludzi stosowania się do tego wymogu w takim czy innym arbitralnym jego rozumieniu. Zauważmy też, że za "szkodliwość" homoseksualizmu często w naszym społeczeństwie uchodzi przypisywana homoseksualistom skłonność do "propagowania własnego stylu życia". O ile wiem, na ogół nie mają oni do tego większej skłonności niż osoby leworęczne do propagowania leworęczności albo osoby rude do propagowania farbowania włosów na rudo. Lecz gdyby nawet było w tym jakieś ziarno prawdy? Skoro leworęczność nie jest przywarą, to nie narusza żadnego wymogu moralności osoba leworęczna głosząca pogląd, że osoby praworęczne powinny się starać usprawnić lewą rękę przez odpowiednie ćwiczenia. Podobnie, jeśli homoseksualizm nie jest przywarą, nie narusza żadnego wymogu moralności homoseksualista głoszący pogląd, że osoby o orientacji heteroseksualnej (albo uważające się za takie) dobrze czynią, usiłując się przekonać, czy w istocie nie mają skłonności biseksualnych. Oczywiście nie trzeba się obawiać, że głoszenie takiego poglądu doprowadzi do wzrostu liczby homoseksualistów, gdyż osoby heteroseksualne zazwyczaj są zadowolone ze swej orientacji i ani mogą, ani chcą ją zmienić. Sporadyczne wycieczki jakichś ludzi w stronę biseksualizmu mniej zagrażają przyrostowi populacji albo tak cennej dla społeczeństwa trwałości małżeństw heteroseksualnych niż heteroseksualne zdrady małżeńskie.

Przesądy

Nietolerancja, jak wiadomo, często wykracza poza żądanie ograniczenia tolerancji dla pewnych wypowiedzi lub zachowań. Sprzyja skłonności do bezpośredniej agresji fizycznej wobec przedstawicieli tych poglądów lub zachowań albo przynajmniej do oskarżania ich o jakieś wady i występki oraz do poniżania ich. Przybiera przy tym niejednokrotnie postać hipokryzji - dyskryminuje się ludzi w dostępie do jakichś stanowisk czy dóbr, przesłaniając rzeczywiste motywy tej praktyki motywami zmyślonymi. Tymi ekscesami nie będę się tu jednak zajmowała. Zastanowię się natomiast nad źródłami nietolerancji wobec homoseksualizmu. Trzy z nich wydają się mieć szczególne znaczenie. Pierwszym są szeroko rozpowszechnione w naszym społeczeństwie tradycyjne przeświadczenia - niepotwierdzone przez naukę - na temat związku homoseksualizmu z jakimiś odmianami socjopatologii czy psychopatologii albo ze skłonnością do chorób. Potrzebna jest tu w walce z nietolerancją edukacja społeczna. W praktyce państwowej i nieformalnej nie zawsze jednak mamy moralne prawo kierować się przesądami rozpowszechnionymi w społeczeństwie. Gdybyśmy tak czynili, zapewne po dziś dzień ucinalibyśmy ręce złodziejom i karali wszelkie zabójstwa śmiercią. Drakońsko też karalibyśmy młodych ludzi uprawiających masturbację. Osoby pozostające we władzy antynaukowych przeświadczeń muszą pogodzić się z tym, że praktyka społeczna, idąc za orzeczeniami nauki, pod pewnymi względami jest niezgodna z ich życzeniami.

Grzech

Źródłem drugim jest przekonanie wyznawców najbardziej rozpowszechnionych w naszym społeczeństwie wyznań, że praktykowanie homoseksualizmu jest grzechem. Osobliwością tego przekonania jest to, że jego wyznawcy często zdają się mniemać, że homoseksualizm jest zakazany przez Boga nie dlatego, że jest ze swej istoty szkodliwy - lecz jest zły, ponieważ jest zakazany przez Boga, a przeto grzeszny. W oczach osoby niewierzącej osobliwością tego przekonania jest również to, że według niego homoseksualizm nie jest zwykłym grzechem, lecz grzechem szczególnie znienawidzonym przez Boga. Czytając Stary Testament i uważając, że jest on w całości niepodważalnym źródłem wiecznie obowiązujących ludzkość wskazówek moralnych (nie jest to, na szczęście, przekonanie wszystkich współczesnych przedstawicieli religii opartych na tym tekście), można dojść do wniosku, że homoseksualizm jest czymś gorszym niż ludobójstwo albo totalna dewastacja kraju przeciwnika podczas wojny. Czy też np. stręczenie kobiet do przymusowego nierządu. Z obciążonej grzechem homoseksualizmu Sodomy ocalony zostaje jedynie Lot oferujący swe dziewicze córki na ofiary zbiorowego gwałtu. Są to wierzenia nieharmonizujące z dominującą dziś wiarą w Boga miłującego ludzkość. Osobliwość tych wierzeń znów jednak nie jest tu sprawą istotną. Istotne natomiast jest to, że we współczesnym pluralistycznym światopoglądowo społeczeństwie nikt nie ma prawa narzucać osobom niepodzielającym jego przekonań religijnych stosowania się do nich.

Prawo do fobii

Trzecim źródłem nietolerancji wobec homoseksualizmu jest niezdolność wielu osób o niskim poziomie edukacji do odróżniania dezaprobaty od odczuwanej przez nie odrazy (fobii) - a więc pozamoralnej, estetycznej, emocjonalnej i irracjonalnej oceny pewnych zachowań. Wielu z nas żywi tego rodzaju odrazę wobec jakichś zachowań seksualnych, jakichś potraw, kontaktu z jakimiś zwierzętami etc. Mamy prawo do naszych prywatnych fobii (chociaż nie mamy moralnego prawa do nienawiści wobec ludzi, których zachowanie budzi w nas odrazę, nie zaś uzasadnioną naganę moralną), o ile te fobie nie zatruwają nam życia, nie zatruwają życia innym, nie skłaniają nas do niemoralnych aktów nietolerancji. Nic tu nie ma do rzeczy kwestia, czy takie fobie mają podkład fizjologiczny, kulturowy, czy jeszcze inny. Jeśli nam nie wadzą i nie krzywdzą innych, to nie mamy obowiązku się z nich "leczyć". Mamy prawo domagać się określonej miary szacunku dla naszych fobii - do tego, aby nie zmuszano nas do zachowań budzących w nas odrazę ani też do tego, byśmy byli niedobrowolnymi świadkami takich zachowań. O ile jednak nie chodzi o taki przymus lub prowokację, nie mamy prawa ograniczać wolności innych ludzi w imię naszych fobii. W szczególności nie mamy prawa, obyczajem hipokrytów, świadomie i czynnie wystawiać się na doświadczenie bycia świadkami tego, co nas razi, po to tylko, by mieć powód do skargi. Nie mamy też prawa ubierać naszych fobii w szaty moralnego zgorszenia. Jak już wspomniałam, w tej mierze, w jakiej godzimy się na przejawy na forum publicznym seksualności heteroseksualnej, musimy przyznać te same prawa homoseksualistom. Homoseksualistów oskarża się często o skłonność do zachowań ostentacyjnych i prowokujących. Niewątpliwie ekscesy takie się zdarzają. Niedawno dziennik telewizyjny doniósł o wybryku członków jakiejś młodzieżowej organizacji w Paryżu, którzy wdarli się do katedry Notre Dame, by urządzić tam homoseksualną parodię ślubu. Naturalnie, była to obrzydliwość. Przypuścić można, że uczestnikom tego gorszącego widowiska nie chodziło o obronę jakichkolwiek praw homoseksualistów, ale o sadystyczne zranienie uczuć i znieważenie ludzi o odmiennych poglądach - w tym wypadku ludzi wierzących. Skłonność jakichś grup do prowokacji bywa w pewnej mierze podsycana przez poczucie dyskryminacji. Niezależnie jednak od tego, jakie jest podłoże chuligaństwa, zasługuje ono na karę.

Nie damy nawet palca

Ostatnia Parada Równości na ulicach Warszawy (11 czerwca 2005 r.) dostarczyła dobitnego świadectwa, że demonstracja homoseksualistów może się obyć bez zachowań obscenicznych i prowokujących. Rzeczywiście, homoseksualiści nie zadowalają się dziś tym, że nie wsadza się ich do więzień ani nie rozpędza się ich klubów. Coraz bardziej stanowczo domagają się oficjalnego przyznania przez państwo ich związkom partnerskim uprawnień analogicznych do tych, które są prerogatywą małżeństw. Ten właśnie postulat budzi sprzeciw Michała Szułdrzyńskiego, który na jego poparcie wysunął kilka argumentów ("Gazeta z 10 czerwca). Jeden z nich odwołuje się do "religii i prawa naturalnego" - oczywiście "naturalnego" w interpretacji autorytatywnych przedstawicieli owych religii. Tą argumentacją zajęłam się już wcześniej. Argument drugi opiera się na koncepcji, iż przeciwnicy nietolerancji nieuchronnie staczać się muszą po ideowej równi pochyłej. Ustępstwo względem żądań jednej grupy każe usprawiedliwić ustępstwa wobec innych nieaprobowanych dotąd grup. "Jeśli odeszlibyśmy od modelu heteroseksualnej rodziny, dlaczego nie zaakceptujemy poligamii... dlaczego nie mamy zezwolić na kazirodztwo?". Szułdrzyński w istocie przejawia tu stosunek ksenofobiczny do innych religii i kultur niż jego własne. Zrównywanie sankcjonowanej w pewnych religiach i kulturach poligamii z kazirodztwem jest absurdalne. Homoseksualiści, którzy domagają się usankcjonowania związków partnerskich, na ogół mają zresztą do poligamii stosunek równie potępiający jak Szułdrzyński. Nie wiadomo, dlaczego spełnienie jednego z tych postulatów poprawić by miało szansę spełnienia drugiego czy jakoś go usprawiedliwiać. Przypisywanie zaś homoseksualistom bardziej pobłażliwego od heteroseksualistów stosunku do kazirodztwa czy pedofilii byłoby potwarzą (Szułdrzyński tego nie czyni). Najbardziej chyba zasługuje na uwagę trzeci z wysuwanych przez Szułdrzyńskiego argumentów. Jego podstawową przesłanką jest stwierdzenie, że "obowiązkiem państwa jest wspieranie heteroseksualnych małżeństw... Państwo ma prawo wspierać heteroseksualne małżeństwa, nadając im szereg uprawnień, nie łamiąc przy tym zasady pluralizmu". Zgadzam się w pełni z tymi orzeczeniami i przypuszczam, że zgadza się z nimi większość homoseksualistów. Dlaczego jednak sprzeczne z nimi miałoby być domaganie się, by trwałe partnerskie związki homoseksualistów cieszyły się prerogatywami analogicznymi do małżeństw heteroseksualnych? To tak, jak gdyby przyznanie praw wyborczych kobietom uszczuplało prawa wyborcze mężczyzn. W jaki sposób spełnienie postulatu homoseksualistów zagrażać by miało monogamicznym rodzinom heteroseksualnym? Czy Szułdrzyński mniema, że wówczas wiele osób pozostających w heteroseksualnych związkach małżeńskich przyswoi sobie homoseksualny styl życia i wstąpi w homoseksualne związki partnerskie? Absurdalna to obawa. Nie wdając się w mętne rozważania o "nienaturalności" homoseksualizmu, trzeba stwierdzić, że - mówiąc metaforycznie - "natura chciała", by w każdym społeczeństwie orientacja heteroerotyczna miała ogromną przewagę nad homoseksualną. Dlatego - niezależnie od prerogatyw prawnych, jakimi cieszyć by się mogli homoseksualiści - dla ogromnej większości ludzi małżeństwo heteroseksualne jest bardziej atrakcyjne od homoseksualnego związku partnerskiego.

Po co nam małżeństwo?

Dyskusja nad projektem przyznania parom homoseksualnym prerogatyw analogicznych do tych, które przysługują małżeństwom heteroseksualnym, toczy się często tak, jakby szło o to, czy rzeczą dopuszczalną jest udzielenie homoseksualistom jakichś koncesji w imię pobłażania dla ludzkich przywar. A więc tak, jak gdyby szło np. o kwestię zalegalizowania marihuany. Jest to zupełnie opaczne podejście do omawianego zagadnienia. Społeczeństwo, a przeto i państwo, jest zainteresowane tym, by ludzie żyli w trwałych związkach opartych na szczególnej solidarności życiowej, wzajemnej troskliwości i pozytywnym zaangażowaniu emocjonalnym. Typowymi takimi związkami są w naszym społeczeństwie związki połączone węzłem monogamicznego małżeństwa heteroseksualnego. Typową i doniosłą funkcją owych związków jest prokreacja i wychowywanie dzieci - ale nie jest to ich jedyna funkcja. Małżeństwo monogamiczne bywa też nieocenionym oparciem np. dla osób starszych i niewydolnych życiowo, ubezpiecza małżonków przed klęskami życiowymi i dostarcza im komfortu psychicznego sprzyjającego również ich funkcjonowaniu w społeczeństwie. Prerogatywy prawne przyznawane związkom małżeńskim niewątpliwie zachęcają do ich zawiązywania. Uznanie zaś doniosłości wspomnianych tu funkcji - również tych, które nie mają nic wspólnego z rozrodem - sprawia, że prerogatyw nie odmawia się małżeństwom bezdzietnym (niedobrowolnie albo dobrowolnie), a nawet małżonkom nieuprawiającym ze sobą seksu. Dlatego społeczeństwo i państwo powinny być zainteresowane tym, aby osoby niemogące znaleźć spełnienia w heteroerotycznych związkach małżeńskich znajdowały zachętę do zadzierzgania analogicznych trwałych związków homoerotycznych. Postulat nadania trwałym związkom par homoseksualnych statusu analogicznego do małżeństwa ma więc na względzie nie tylko potrzeby czy interesy tych par, ale i ważną potrzebę społeczną. Idzie tu o niezmiernie pożyteczne społecznie upowszechnienie modelu rodziny. Zwłaszcza dziś - wobec groźby zdrowotnej, jaką w naszych czasach niosą ze sobą przygodne kontakty seksualne, np. wobec groźby szerzenia się AIDS - na szczególne poparcie zasługuje legislacja wspierająca trwałość i wyłączność związków seksualnych pomiędzy ludźmi, włączając w to związki homoerotyczne.

piątek, 18 lutego 2011

Przemek Szczepłocki - Parada nas wyzwoli

Parada zapewnia nam widoczność i dlatego jest niezbędna - bez względu na (często traktowaną jako zarzut) widowiskowość. Parada jest niezaprzeczalnie największym skupiskiem osób LGBTQ. W kraju, w którym znakomita większość osób LGBTQ siedzi w szafie, w którym strach jest główną barierą przed wyłamaniem się z heteronormy, w którym o osobach LGBTQ publicznie mówi się bardzo mało i niemal wyłącznie źle, a prywatnie - jeszcze mniej i ze wstydem - w takim kraju widoczność LGBTQ jest pierwszą potrzebą. W tym kontekście rozważania, czy postulaty społeczno-prawno-polityczne są wystarczająco eksponowane przez Paradę albo jak Paradę zrelacjonują media uważam za przedwczesne – na takie rozmowy przyjdzie pora, gdy w Polsce zaistnieje ruch LGBTQ. Bo takiego ruchu wciąż nie ma i nie powstanie on, póki pewien poziom widoczności LGBTQ nie zostanie osiągnięty.

Wspólne rozliczenia podatkowe? Związki partnerskie? Dla kogo, skoro w tym kraju „nie ma” osób LGBTQ, skoro - oprócz kilku warszawskich ulic – po pozostałych ulicach w kraju chodzi nieskażona heteronorma, skoro Policja nie wie nic o tym, żeby osobom LGBTQ działa się homofobiczna krzywda, skoro osoby LGBTQ nie walczą o swoje prawa w sądach ani instytucjach? Pardon, zagalopowałem się – „nie ma” gejów i lesbijek, bo przecież osób biseksualnych nie ma w ogóle (przejrzyjcie wypowiedzi osób tak różnych jak Krystian Legierski, Łukasz Pałucki oraz Tomek Szypuła i znajdźcie w nich osoby biseksualne wymienione na równi z gejami i lesbijkami), a osoby transpłciowe (z naciskiem na transseksualne) są jakoś obok i na doczepkę. I kto to w ogóle są te osoby queer?

Zamiast ruchu LGBTQ mamy w Polsce ukrywającą się grupę społeczną szacowaną na 1-2 miliony ludzi. Nawet w internecie widać tylko ułamek tej liczby – największy portal społecznościowy zrzesza raptem 54 000 ludzi, a największy portal randkowy dla mężczyzn – niespełna 83 000. Organizacje branżowe zrzeszają garstkę ludzi – opowieści o setkach czy tysiącach można włożyć między bajki. To ledwo zaczątek ruchu LGBTQ, który próbuje robić wszystko naraz: uświadamiać osoby LGBTQ, budować ich tożsamości, edukować resztę społeczeństwa oraz wysuwać postulaty zmian w prawie. Na zamierzone efekty tych działań przyjdzie długo czekać. Przykład: w Warszawie łatwo można zrobić wydarzenie branżowe – np. festiwal – ale i tak przyjdzie na niego mało ludzi. I zawsze ci sami. Ten sam schemat powtarza się w tych nielicznych miastach, gdzie raczkują branżowe organizacje. O jakiej widoczności LGBTQ, o jakiej medialnej i społecznej percepcji tych osób można wobec tego mówić?

Tylko liczby zapewniają widoczność, tylko licznym przyznaje się rację. Bez tego osoby LGBTQ zawsze będą sprowadzane do roli marginalnej grupy żądającej „przywilejów”, podczas gdy milcząca reszta nie zwraca na siebie żadnej uwagi, jest niewidzialna ergo spokojna i zadowolona ze status quo. Nie rzuca się w oczy i tak ma pozostać. Taki „kompromis”.

Parada temu zaprzecza. Parada podważa heteronormę, jest różnorodna i bogata, jest kwintesencją wolności wypowiedzi i wolności bycia sobą – kto jak kto, ale osoby LGBTQ jako pierwsze powinny docenić ten aspekt Parady. Parada przeraża władze – bo jest nieokiełznanym tłumem: nie sposób go zignorować, nie można udać, że go nie ma. Objawia się raz do roku i przypomina o „problemie” LGBTQ. Media próbują zbagatelizować i strywializować Paradę – a ona i tak kłuje w oczy.

Parada - mimo mgławicowości i braku jednego przekazu – jest jedynym głosem dostatecznie donośnym, żeby dotrzeć wszędzie i powiedzieć „we’re queer, we’re here”. To jest etap, na którym naprawdę jesteśmy. Z tego względu mam w nosie, kto robi Paradę, kto się przy tej okazji lansuje, kto na tym robi prawdziwy czy rzekomy biznes. Parada powinna być co miesiąc.
Źródło: www.homiki.pl

wtorek, 9 listopada 2010

Robert Biedroń - Po pierwsze nie demonizować

Geje i lesbijki stanowią integralną część każdego społeczeństwa. Zawsze zresztą byli jego częścią i zapewne zawsze nią będą. Jest ich tyle samo w każdym kraju – bez względu na to czy jest bardziej czy mniej tolerancyjny. Nie zmienią tego żadne zakazy i nakazy. Warto może zastanowić się jak sprawić, by gejom i lesbijkom w Polsce żyło się lepiej?

Jestem głęboko przekonany, że nasz brak szacunku, a czasem nawet tolerancji dla osób homoseksualnych wynika przede wszystkim z niewiedzy. Żyjemy bowiem w kraju, w którym mimo, iż homoseksualność nie jest kryminalizowana od 1932 roku, nadal jest tematem wstydliwym, pełnym uprzedzeń i niezdrowych emocji. Zapraszam więc Państwa do merytorycznej dyskusji na argumenty, nasze fobie i niechęci pozostawiając z boku.

Kwestią fundamentalną w procesie zrozumienia homoseksualności i dlaczego należy traktować ją neutralnie etycznie jest pojęcie orientacji seksualnej. Jest ona bowiem trwałym, głębokim, erotycznym, miłosnym i uczuciowym zainteresowaniem osobami określonej płci. Medycyna i psychologia wymieniają trzy orientacje seksualne: heteroseksualna – zainteresowanie osobami odmiennej płci, biseksualna – zainteresowanie osobami obojga płci oraz homoseksualna – zainteresowanie osobami tej samej płci. Współczesna wiedza medyczna podkreśla, że orientacja seksualna jest pewnym płynnym wymiarem od orientacji ściśle homoseksualnej, poprzez różne poziomy biseksualności, aż do orientacji heteroseksualnej. Każdy z nas inaczej sytuuje się na tym wymiarze, indywidualnie określając swoją orientację seksualną.

Homoseksualność nie jest chorobą, zboczeniem czy dewiacją. Jest tak samo naturalna jak nasz kolor oczu, skóry lub lewo- czy praworęczność. Orientacja seksualna – czy to homo-, bi- czy heteroseksualna - nie poddaje się dobrowolnym modyfikacjom i nie jest efektem naszego wyboru. Są jednak ludzie, którzy wierzą, a co gorsza promują możliwość leczenia homoseksualności. Sam fakt, że namawiają oni do leczenia tylko jednej z trzech orientacji seksualnych świadczy o braku jakichkolwiek kwalifikacji. Jeśli bowiem możnaby leczyć homoseksualność dlaczego nie moglibyśmy leczyć biseksualności czy nawet heteroseksualności?

Psychologia, seksuologia i psychiatria nie znają ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku, w którym doszłoby do zmiany orientacji seksualnej w toku jakiejkolwiek terapii. A te bywają naprawdę drastyczne – wielu moich przyjaciół było poddawanych terapiom hormonalnym, elektrowstrząsom czy faszerowanych lekami. Niektórym przeszczepiano nawet sutki, wierząc iż tak radykalna zmiana przywróci ich na jedynie słuszną drogę. Wszelkie próby przeprowadzenia tzw. terapii reparatywnej (naprawczej), mającej na celu zmianę orientacji seksualnej okazały się bowiem nieskuteczne. Rozumiem, że radykałom religijnym ciężko pogodzić się z doniesieniami badań naukowych. Jeśli jednak powszechnie przyjęta jest już dzisiaj wiedza o tym, że to Ziemia krąży wokół Słońca (wbrew temu co twierdził przez wieki Kościół katolicki) – może warto przyjąć dowody naukowe i porzucić zabobony. Promotorzy takich terapii chcieliby zapewne zapomnieć też o wielu spektakularnych oświadczeniach osób „leczonych z homoseksualności”, którzy negowali cudotwórczą moc polecanych przez nich wcześniej terapii. Wśród nich byli Gary Cooper i Michael Burkee – założyciele największego i najbardziej znanego na świecie ruchu „leczenia homoseksualności” – amerykańskiego Exodusu, którzy publicznie zanegowali jego sens i zamieszkali ponownie z partnerami homoseksualnymi.

Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, zrzeszające autorytety naukowe z całego świata, w 1997 roku wydało specjalne oświadczenie, w którym wezwało wszystkich profesjonalistów do zaniechania stosowania terapii mających leczyć z homoseksualności. Podobne oświadczenia znajdziemy wśród polskich organizacji zrzeszających seksuologów, psychologów i psychiatrów. Wśród psychologów panuje dzisiaj powszechna opinia, że wszelkie oddziaływania terapeutyczne powinny zmierzać raczej w kierunku akceptacji przez daną osobę swojej orientacji seksualnej, wzmocnienia poczucia własnej wartości i ułatwienia jej funkcjonowania w świecie. Wsparcia w orientacji seksualnej, a nie jej odrzucenia.

Przeraża mnie dyskusja o leczeniu homoseksualności. Przypomina mi próby udowodnienia wyższości rasy aryjskiej nad innymi. W końcu nikt nie pyta o pochodzenie heteroseksualności. Nikt nie prowadzi badań skąd się bierze heteroseksualność i czy aby heteroseksualność nie powinna być korygowana i nakierowana na „jedynie słuszną” – homoseksualną.

Gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji gejów i lesbijek już dawno pewnie nie byłoby na świecie. Po pierwsze dlatego, że my, geje i lesbijki wychowujemy się wśród homofobicznego społeczeństwa. Nasza homoseksualność jest często niezrozumiana i piętnowana. W ponad 80 krajach homoseksualność jest karana, także karą śmierci. Kto żyjąc w takim społeczeństwie chce być gejem? Warto też pamiętać, iż geje i lesbijki najczęściej wychowują się w rodzinach heteroseksualnych. Gdyby można było przekazywać orientację seksualną w toku socjalizacji, geje i lesbijki wymarliby. Rodziny heteroseksualne wychowywałyby bowiem tylko potomstwo heteroseksualne. Sam wyrastałem w takiej heteroseksualnej rodzinie, a mimo to, w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, jestem homoseksualny. Nikt mnie nie uwodził, nie przekonywał do homoseksualności, nie miałem też dominującej matki, czy dominującego ojca, jak chcieliby to widzieć niektórzy.

Jak już wyżej wspomniałem, nadal znajdują się ludzie, którzy poddają się terapiom leczenia. Osoby te z własnej woli, próbują leczyć się z homoseksualności, ponieważ nie potrafią odnaleźć się w świecie, który ich nie akceptuje. Ich problemem nie jest orientacja seksualna, ale opresyjne środowisko, które nie akceptuje ich jako gejów i lesbijki. Może więc zamiast leczyć z homoseksualności powinniśmy leczyć nienawiść? Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się zreperować a nie osoby homoseksualne? To najczęściej nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją, ale nietolerancyjne grupy religijne, polityczne czy społeczne. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji.

Inną kwestią używaną przez przeciwników emancypacji gejów i lesbijek jest rzekoma nienaturalność homoseksualności, a tym samym sprzeczna z prawem naturalnym. Homoseksualność, podobnie jak heteroseksualność i biseksualność, występuje zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt, jest bowiem integralną częścią natury.

Termin prawo naturalne, zwane też prawem moralnym lub prawem Bożym, jest terminem filozoficznym, a więc ściśle związanym z pewnym światopoglądem, nie nauką. Na świecie, wśród różnych religii i szkół filozoficznych występuje całe spektrum definicji prawa naturalnego. Często są one ze sobą sprzeczne. Filozofowie posługiwali się bowiem tym wyrażeniem w sposób jawnie niejednorodny i niekonsekwentny, na ogół unikając jego szczegółowego wyjaśnienia. Ci zaś, którzy podjęli takie próby, nie zdołali sprostać temu zadaniu. Wykorzystywanie więc terminu prawo naturalne jest związane z naszymi subiektywnymi odczuciami lub poglądami, które mogą się różnić w zależności od wyznawanej religii czy kręgu kulturowego do którego należymy.

Prawo naturalne, jako termin filozoficzno-religijny, a nie naukowy, jest silnie związany z represjami przeciwko ludzkiej seksualności. Wykorzystywany był i bywa w walce z antykoncepcją, seksem przedmałżeńskim, seksem nie prowadzącym bezpośrednio do zapłodnienia, itp. Nienaturalne bywa nazywane np. korzystanie z prezerwatyw czy stosowanie zapłodnienia in vitro. Nienaturalny jest również seks analny czy oralny – nie prowadzą bowiem do zapłodnienia. Podobnie, jak zwykłe całowanie się.

Prawo naturalne to więc termin czysto wartościujący i bezwartościowy poznawczo. Ma jednak sporą siłę perswazyjną. Nazywając pewną normę prawem naturalnym, można mieć nadzieję, że uda się przekonać ludzi do uznania tej normy. Wypowiedź taka może bowiem wywoływać złudne wrażenie zrozumiałej i przekonywującej. Wrażenie zrozumienia budzą bowiem słowa prawo i naturalne, które wzięte z osobna wydają się być sensowne. Konstrukcja taka kojarzy się również z prawem natury, rozumianym powszechnie jako nazwa prawidłowości przyrodniczych, które są domeną nauki. Ponieważ zaś o tych ostatnich wiadomo, że nie zależą one od naszej woli, a przy tym są odkrywane i opisywane przez kompetentnych, godnych zaufania specjalistów, więc i dla norm nazwanych publicznie prawami naturalnymi udaje się często pozyskać – dzięki czysto językowemu skojarzeniu – bezkrytyczne uznanie laika.

Co ciekawe, Kościół katolicki ciągle ewoluuje, jeśli chodzi o rozumienie prawa naturalnego. Do niedawna, silnie potępiał stosowanie prezerwatyw. Zmienił jednak zdanie, dopuszczając możliwość korzystania z prezerwatyw przez mężczyzn w krajach afrykańskich, w których istnieje duże ryzyko zakażenia wirusem HIV. Jestem przekonany, że pewnego dnia Kościół zmieni również zdanie na temat osób homoseksualnych i ich związków. Za jakiś czas, któryś z przyszłych papieży przeprosi za prześladowanie gejów i lesbijek przez Kościół. Ubolewam jednak, że do tego czasu tak wiele osób homoseksualnych oraz ich rodzin i przyjaciół, żyć będzie w poczuciu winy.

Podobnie rzecz wygląda z grzechem, którego jakoby dopuszczają się osoby homoseksualne uprawiające seks. Kategoria grzechu nacechowana jest jednak religijnie i powinna być wyłącznie stosowana i narzucana wyznawcom danej religii. Niektórzy uważają, że homoseksualność jest grzechem. Doktryna Kościoła katolickiego ma jednak inne zdanie na ten temat i wbrew obiegowej opinii nie uznaje homoseksualności jako grzechu. Katechizm Kościoła Katolickiego, który powinien być podręcznikiem każdego katolika, poświęca homoseksualności aż trzy paragrafy. Warto je przytoczyć, bo w sposób bardzo szczegółowy opisują oficjalny stosunek Kościoła rzymskokatolickiego do homoseksualności i osób homoseksualnych.

Homoseksualność oznacza relacje między mężczyznami lub kobietami odczuwającymi pociąg płciowy, wyłączny lub dominujący, do osób tej samej płci. Przybierał on bardzo zróżnicowane formy na przestrzeni wieków i w różnych kulturach. Jego psychiczna geneza pozostaje w dużej części nie wyjaśniona. (…) Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. (…) Osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one - stopniowo i zdecydowanie - do doskonałości chrześcijańskiej.

To oficjalna doktryna Kościoła katolickiego. Praktyka wygląda niestety inaczej. Kościół katolicki wielokrotnie podkreślał swoją nietolerancję w stosunku do osób homoseksualnych poprzez np. zakaz wyświęcania osób homoseksualnych, odmowę duszpasterstwa dla takich osób czy wypowiedzi nawołujące do izolacji gejów i lesbijek. Niestety, obecna polityka papieża Benedykta XVI kontynuuje tę praktykę i nie zanosi się by w najbliższym czasie Kościół katolicki wybrał drogę miłości bliźniego i poszanowania godności drugiego człowieka, którym również jest gej i lesbijka.

Kościół katolicki jest różnorodny. Panują w nim różnorodne opinie na różne tematy, chociaż hierarchiczna struktura sprawia, że opinie liberalne i reformatorskie często nie są tak widoczne jak te konserwatywne. Podobnie jest z podejściem do osób homoseksualnych i ich związków. W Polsce jest już kilku księży, którzy domagają się debaty wewnątrz Kościoła na temat akceptacji osób homoseksualnych. Niektórzy z nich opiekują się grupami gejów i lesbijek chrześcijan, które działają w Krakowie i Warszawie, niosąc im na co dzień pomoc duchową. Niestety, księża ci współpracują z osobami homoseksualnymi bez oficjalnego przyzwolenia hierarchii kościelnej. Ta pozostaje nadal głucha na problemy gejów i lesbijek, oferując im jedynie leczenie i modlitwę.

Trzeba też podkreślić, że w Polsce, w kraju, w którym zdecydowana większość społeczeństwa deklaruje się jako katolicka, większość gejów i lesbijek to również katolicy. Niestety, ich orientacja seksualna nie znajduje akceptacji wśród hierarchii Kościelnej, co przejawia się codzienną dyskryminacją i mową nienawiści ze strony Kościoła.

Uważam, że ciężko jest pogodzić orientację homoseksualną z dzisiejszym stanowiskiem Kościoła katolickiego. Jest ono bowiem pełne niezrozumienia dla gejów i lesbijek i wymaga od nich okrutnych i nieludzkich poświęceń. Jestem jednak głęboko przekonany, że jeśli Bóg istnieje, w co osobiście wątpię, kocha gejów i lesbijki tak samo mocno jak osoby heteroseksualne. Wierzę, że nigdy nie potępiłby miłości homoseksualnej, podobnie jak nie potępiłby miłości heteroseksualnej. Dla Boga miłosiernego miłość to miłość. Gdy mężczyzna kocha mężczyznę, kobieta kobietę lub mężczyzna kobietę, Bóg jest szczęśliwy.

* * *

W polskim dyskursie o homoseksualności mamy też często do czynienia z demonizowaniem głosu gejów i lesbijek, częstym sugerowaniem istnienia lobby homoseksualnego, które czyha tylko, żeby zniszczyć zdrową, tradycyjną, polską rodzinę. Gdy organizacje gejowsko-lesbijskie mówią o równych prawach, ich przeciwnicy gromią o przywilejach, a obecny wicemarszałek Sejmu, Stefan Niesiołowski kilka lat temu publicznie stwierdził, iż dawanie przywilejów pederastom jest wynaturzeniem i dziwactwem. Cytatów podobnych do tej wypowiedzianej przez Stefana Niesiołowskiego można przytaczać wiele – życie publiczne w naszym kraju pełne jest bowiem homofobicznych deklaracji. Do tych głosów dochodzą często oskarżenia o tzw. promocję homoseksualności. Warto wiedzieć, że to stosunkowo nowe, niezwykle ideologicznie pojęcie zostało przejęte od amerykańskich fundamentalistów, wśród których mniejszość gejowsko-lesbijską przedstawia się jako źródło wszelkiego zła. Takie ruchy powstają także w Polsce – podobną działalność prowadzi np. Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi z Krakowa. Jak zauważyła jednak Kinga Dunin, propaganda ma się do gejów i lesbijek tak samo jak syjonista miał się do Żyda podczas antysemickiej nagonki w 1968 r. Eufemizm uruchamia pokłady nietolerancji, a zarazem daje moralne alibi – nie atakujemy ludzi tylko narzucane nam przez nich poglądy. Ten zabieg sprawia, że można już pogardzać i wykluczać bezkarnie i mieć przy tym poczucie moralnej wyższości wynikającej z poczucia zagrożenia. Ciekawe, że „promocja” ma też walor nieodparcie komiczny, bo kojarzy się z reklamą, przeceną. I tak jak za komuny powstaje pole do absurdalnych żartów. Za komuny mówiliśmy do siebie „ty elemencie”. Dzisiaj można pytać: kupisz homoseksualizm? – napisała znana polska publicystka, dr Agnieszka Graff.

* * *

Reformy wymaga także dzisiejszy system edukacji, który zamiast promować tolerancję i różnorodność powiela stereotypy i uprzedzenia wobec osób homoseksualnych. W podręcznikach szkolnych przeczytać możemy, że homoseksualność jest zboczeniem, a pozostawanie w związku partnerskim może powodować zaburzenia psychiczne. Warto byłoby przyjąć takie rozwiązania edukacyjne, które uczyć będą akceptacji dla różnorodności, a przede wszystkim przekazywać rzetelną i obiektywną wiedzę. Nie chodzi tutaj o zachęcanie do bycia gejem czy lesbijką – bo promować homoseksualności nie można – ale o dyskusję. Szkoła nie powinna unikać tej tematyki, bo po pierwsze – statystycznie w każdej klasie szkolnej jest przynajmniej jeden gej albo lesbijka, po drugie uczniowie takie wiedzy często poszukują. Dobrze, aby otrzymali ją od nauczyciela. Trzeba też pamiętać, iż gejami i lesbijkami są często sami nauczyciele – oni uczą i będą uczyli nasze dzieci – czy tego chcemy czy nie.

Przemoc psychiczna wobec osób homoseksualnych, lub - co chyba ma miejsce najczęściej - podejrzewanych o bycie homoseksualnymi, jest zjawiskiem tak powszechnym w polskich szkołach, że można zaryzykować tezę, iż przestało się ją zauważać. Gdy w 2006 roku na ulicach Warszawy pojawiły się plakaty „Co się gapisz, pedale?!” publicysta Rzeczpospolitej żądał ich ukrycia, bo jego dzieci na nie patrzą. Ciekawe czy z taką samą energią angażuje się w walkę z homofobicznym językiem powszechnym w szkole, do której uczęszczają jego dzieci. Ponad połowa gejów i lesbijek doświadczyła jakiejś formy przemocy psychicznej, z czego aż w 29 proc. przypadków sprawcami byli koledzy lub koleżanki szkolni. 26 proc. aktów przemocy miało miejsce w szkołach. Nauczyciele często udają, że problemu nie widzą.

Warto więc zastanowić się czy zamiast tracić energię na zwalczanie tzw. promocji homoseksualności, zacząć promować wiedzę o osobach homoseksualnych. Promocja ta obnażyłaby mit spopularyzowany przez Giertycha o tym, że do bycia gejem albo lesbijką można kogoś namówić. Namawiać co najwyżej można do tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Zarówno nienawiść, jak i tolerancja nie są bowiem cechami wrodzonymi – można je nabywać lub odrzucać w drodze socjalizacji. Unikanie dyskusji wokół homoseksualności sprawi, że szkoła produkować będzie kolejnych ksenofobów, którzy swoją nietolerancję przenosić będą nie tylko na gejów i lesbijki, ale także inne grupy społeczne. Warto przytoczyć wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2007 roku: Państwo wykonując funkcje przyjęte na siebie w sferze oświaty i wychowania musi zapewnić, aby informacje i wiedza zawarte w programie były przekazywane obiektywnie, krytycznie i w sposób pluralistyczny.

Politykom udało się w ostatnich latach wykreować atmosferę strachu wśród nauczycieli i dyrekcji szkół przed poruszaniem pewnych kontrowersyjnych dla niektórych tematów. O gejach i lesbijkach w polskich szkołach więc się nie mówi. Strach przed dyskusją o homoseksualności pogłębił się, gdy były minister edukacji narodowej, Roman Giertych, latem 2006 roku odwołał dyrektora Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, ponieważ ten zaakceptował do dystrybucji wśród nauczycieli podręcznik Rady Europy Kompas mówiący o prawach człowieka, w tym dyskryminacji o gejach i lesbijkach. Kompas wykorzystywany jest we wszystkich krajach Europy, a także np. w muzułmańskim Maroku. Kulminacją tej swoistej ministerialnej kampanii przeciwko osobom homoseksualnym, był projekt ustawy zakazującej tzw. promocję homoseksualności.

Propozycje Giertycha, które na szczęście nigdy nie ujrzały światła dziennego w formie ustawy, miały w istocie sprawić jedno – zastraszyć tych, którzy chcieliby o homoseksualności rozmawiać bez uprzedzeń i stygmatyzujących stereotypów. Zwrócił na to uwagę komisarz Praw Człowieka Rady Europy, który w swoim memorandum do rządu polskiego napisał, że w świetle wydarzeń politycznych ostatnich lat, a także wypowiedzi polityków można mówić o klimacie nieżyczliwym osobom o odmiennej orientacji seksualnej. Zakaz propagowania homoseksualności przenosi tę atmosferę do szkół.

Jeszcze kilkanaście lat temu publiczne nawoływanie do nienawiści wobec osób homoseksualnych było czymś niewyobrażalnym. Gdy w maju 1991 roku, ówczesny wiceminister zdrowia, Kazimierz Kapera nazwał homoseksualność zboczeniem i oskarżył osoby homoseksualne winnymi rozprzestrzeniania wirusa HIV, premier Bielecki zdymisjonował go następnego dnia – telefonicznie. Początki III RP wydawały się nie dawać przyzwolenia na tego typu retorykę. Stwierdzenie Kapery byłoby niestosowny, głupim żartem u cioci na imieninach, ale w przestrzeni publicznej nie było tolerowane. Dzisiaj dwie piąte Polaków przyznaje, że co najmniej raz zetknęło się z przemocą werbalną, czyli wypowiedziami, które obrażały innych np. ze względu na orientację seksualną - wynika z sondażu CBOS. Jako grupę, która najczęściej posługuje się mową nienawiści ankietowani najczęściej wskazywali polityków. Jako najbardziej obraźliwe wskazywane są słowa, które dotyczą homoseksualnych mężczyzn: pedał (83 proc.) i ciota (80 proc.). Lesba zajęła w tym rankingu nienawiści czwarte miejsce. Pokazuje to nie tylko jak bardzo jesteśmy nietolerancyjni wobec osób homoseksualnych, ale także jak dużą moc mają słowa które wypowiadamy. Potrafią stygmatyzować, ranić, a czasami nawet zabijać. Bo od mowy nienawiści do zbrodni z nienawiści jest krótka droga. W ciągu ostatnich dwóch lat, według ostatniego raportu organizacji Kampania Przeciw Homofobii i Lambda Warszawa, prawie 18 proc. gejów i lesbijek doświadczyło przemocy fizycznej – było potrącanych, szarpanych, uderzanych albo kopanych – tylko dlatego, że byli homoseksualni. Przez lata mojej działalności nie słyszałem aby ktokolwiek heteroseksualny został pobity dlatego, że jest heteroseksualny. Nie znam też ani jednego słowa obraźliwego wobec osób heteroseksualnych.

Polski kodeks karny nie przewiduje jednak szczególnych przepisów sankcjonujących dyskryminację ze względu na orientację seksualną lub wypowiedzi o charakterze homofobicznym. Jak słusznie zauważa w swych publikacjach wybitna karnistka z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Eleonora Zielińska, obecnie obowiązujące artykuły kodeksu karnego (art. 256 k.k. oraz 257 k.k.), chroniąc inne grupy społeczne – mniejszości etniczne, narodowe, rasowe, wyznaniowe, kompletnie ignorują najbardziej napiętnowaną dzisiaj społecznie mniejszość – gejów i lesbijki.

Homofobia jest w Polsce powszechna. Od wulgaryzmów przytaczanych wyżej a wypowiadanych przez pana spod budki z piwem, dzieci w szkole i ich rodziców, poprzez nawoływanie do nienawiści (wypowiedz biskupa Pieronka o izolacji gejów i lesbijek, posła Wierzejskiego o pałowaniu manifestujących czy okrzyki Pedały do gazu!), aż po konkretne działania związane z przemocą fizyczną (pobicia osób homoseksualnych, ataki na manifestacje). Gdyby ktokolwiek użył podobnych słów w stosunku do Żydów lub mniejszości niemieckiej zamieszkującej nasz kraj spotkałby się nie tylko z powszechnym oburzeniem opinii publicznej i ostracyzmem mediów, ale także konsekwencjami prawnymi. Gdy jednak obrażani są geje i lesbijki – prawo milczy.

Co ciekawe, w powszechnym dyskursie o homoseksualności w Polsce, dominuje kwestia gejowska. Kobiety homo- i biseksualne są z niej wykluczone werbalnie i praktycznie. To rodzaj dyskryminacji bardzo ściśle związanej z homofobią i seksizmem oraz systemem patriarchalnym. Kobiety homoseksualne są bowiem zagrożone podwójną dyskryminacją. Po pierwsze jako kobiety, które w patriarchalnym społeczeństwie mają nierówną pozycję w stosunku do mężczyzn, po drugie jako lesbijki. Mimo iż są publicznie mniej napiętnowane niż mężczyźni homoseksualni, to są przemilczane przez historię i niewidzialne w społeczeństwie.

Bycie lesbijką nie jest więc podobne do bycia gejem. Kobiety homoseksualne naruszają bowiem podwójnie patriarchalną normę: po pierwsze jako kobiety, po drugie jako lesbijki.

Homoseksualność kobiet rzadko była represjonowana prawnie, w przeciwieństwie do homoseksualności męskiej. Do dziś w wielu krajach muzułmańskich karane są homoseksualne związki męskie (np. poprzez publiczne egzekucje, chłostę, kamieniowanie), a relacje między kobietami okryte są kulturowym tabu. Lesbijstwo traktowane było i jest nadal w niektórych rejonach świata pobłażliwe – jako niewinna zabawa, okres przejściowy, któremu małżeństwo położy kres. Często też jako erotyczny bodziec dla mężczyzn. Dlatego też lesbijki często podnoszą problem zmowy milczenia, która wyklucza ich obecność w historii. Zmowa ta sprawiła bowiem, że wszelkie dowody na istnienie homoseksualności kobiet były skrupulatnie zniszczone. Intymne zapiski kobiet, ich pamiętniki i korespondencja w niewielkiej części zachowały się do dzisiaj, dając przykłady miłości lesbijskiej. Ponieważ kobiety homoseksualne rzadziej niż mężczyźni homoseksualni bywały celem represji karnych, mniej można znaleźć w archiwach sądowych śladów ich prześladowań. Sytuację dodatkowo utrudnia trudny los kobiet w ogóle, które w przeciwieństwie do mężczyzn były i nadal są mniej widoczne w życiu społecznym.

Cytowany już wcześniej przeze mnie Raport pokazuje, że 60 proc. ankietowanych żyje w związkach homoseksualnych. Prawo, na szczęście, nie zabrania dwóm dorosłym, kochającym się mężczyznom lub kobietom wspólnego prowadzenia gospodarstwa domowego, ale pozostawia ich związek bez jakichkolwiek uregulowań prawnych. Warto zastanowić się nad wprowadzeniem do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich. Celowo nie piszę o związkach homoseksualnych, bo wiem, że także wiele par heteroseksualnych jest zainteresowanych tego typu instytucją, z różnych względów nie chcąc zawierać małżeństw.

W parlamencie IV kadencji powstał taki projekt – przeszedł nawet przez Senat i należałoby do niego wrócić. Zawierał on bowiem głównie rozwiązania natury ekonomicznej - prawo do dziedziczenia po zmarłym partnerze, prawo do korzystania z ubezpieczenia zdrowotnego dla członków rodziny, prawo do wspólnego opodatkowania się, prawo do świadczeń po zmarłym partnerze (np. emerytury). Dotyczy to także prawa do zasięgania informacji i odwiedzin partnera przebywającego w szpitalu i możliwość podejmowania decyzji o sposobie leczenia, prawa do odbierania korespondencji partnera, a także prawa do odmowy składania zeznań w charakterze świadka na zasadach dotyczących małżonków. Wbrew temu co mówią niektórzy – wielu z tych kwestii nie można rozwiązać inaczej niż przez ustawę. Gdyby mój partner uległ wypadkowi, nie mógłbym decydować o sposobie jego leczenia, bo w świetle prawa jestem dla niego obcą osobą. Żadna deklaracja, testament czy umowa tutaj nie działają. Potrzebne są rozwiązania kompleksowe – takie jakie istnieją w większości krajów Unii Europejskiej. Ustawa o związkach partnerskich jest nie tylko w interesie samego środowiska gejowsko-lesbijskiego i nieformalnych związków heteroseksualnych, ale również społeczeństwa jako całości. Daje stabilizację ekonomiczną, gwarantuje opiekę partnerów, pomnaża dochody państwa.

I wbrew temu co mówią przeciwnicy nie chodzi tutaj o atak na instytucję małżeństwa (ta jest już wystarczająco dobrze chroniona przez Konstytucję RP) albo adopcję dzieci. Chodzi o uregulowanie partnerstwa dwóch dorosłych osób prowadzących razem, często przez wiele lat, wspólne gospodarstwo domowe.

Kolejne kraje w Europie i na świecie instytucjonalizują związki osób tej samej płci. Wymienianie krajów, które wprowadziły takie regulacje nie ma już sensu – w Unii Europejskich jesteśmy już w mniejszości. Kraje o dominacji wyznawców katolicyzmu, takie jak Hiszpania czy Irlandia wprowadziły związki partnerskie kilka lat temu, a na kilka miesięcy temu, jako jeden z ostatnich krajów „starej” Unii, zrobiła to także katolicka Portugalia. „To bardzo dobry krok w kierunku budowy społeczeństwa sprawiedliwszego i bardziej tolerancyjnego” – oświadczył portugalski premier Jose Socrates. Wyprzedziło nas również kilka krajów, które razem z nami wchodziły do Wspólnoty – Słowenia, Węgry czy sąsiednie Czechy.

W wyniku zmian społecznych zapoczątkowanych pod koniec lat 60. XX wieku, tradycyjna forma małżeństwa ulega głębokim przemianom. W jego ramach nie mieszczą się nie tylko geje i lesbijki – z powodów prawnych, ale także pary heteroseksualne, z różnych powodów nie chcące zawierać małżeństw, a oczekujące od państwa wprowadzenia jakiejś alternatywy. Być może więc warto zastanowić się nad legalizacją związków partnerskich w formule obejmującej pary zarówno hetero, jaki i homoseksualne.

Legalizacja związków partnerskich ma też swój wymiar społeczno-edukacyjny. W krajach, gdzie je zalegalizowano, tolerancja wobec osób homoseksualnych wzrosła, a poziom mowy nienawiści ze strony polityków i osób publicznych zmalał. To idealny przykład na to, że nasze stereotypy i uprzedzenia wobec gejów i lesbijek wynikają przede wszystkim z tego, że boimy się nieznanego. Jestem głęboko przekonany, że w Polsce, gdzie według badań Eurobarometru tylko co dziesiąty Polak zna osobę homoseksualną, gdyby zalegalizowano związki homoseksualne, tendencja byłaby podobna. Warto więc, aby politycy w końcu pochylili się nad problemem kilkuset tysięcy par, które przez państwo polskie nadal zmuszane są żyć nielegalnie.

* * *

Przeciwnicy równych praw dla gejów i lesbijek jak mantrę powtarzają kwestie adopcji dzieci przez osoby homoseksualne. Zapominają jednak, że już dzisiaj w Polsce dzieci są wychowywane w homorodzinach. Według szacunków takich dzieci jest kilkadziesiąt tysięcy. Pochodzą one najczęściej z wcześniejszych, heteroseksualnych związków, sztucznego zapłodnienia lub adopcji. Znam wiele takich rodzin. Jeśli osoba homoseksualna chce wychowywać dziecko może to zrobić legalnie.

Badania prowadzone w związkach hetero- i homoseksualnych pokazują, że nie ma różnic w rozwoju psychofizycznym dzieci w nich wychowywanych. Po latach badań, Amerykańskie Towarzystwo Psychoanalityczne podkreśliło w 2002 roku, że podstawą rozważań o szeroko rozumianym wychowywaniu dzieci powinno być dobro dziecka. Zgromadzone dowody potwierdzają tezę, że w interesie dziecka leży przede wszystkim zapewnienie mu odpowiedniej opieki ze strony zaangażowanych i kompetentnie wypełniających swą rolę rodziców. (…) Zarówno osoby jak i pary homoseksualne mogą wypełniać swe zadania rodzicielskie tak samo dobrze jak heteroseksualne. A Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne dodaje, że nie ma naukowych podstaw do wnioskowania, że lesbijki i geje są niezdolni do pełnienia obowiązków rodzicielskich. Przeciwnie, wyniki badań wskazują, że rodzice homoseksualni tak samo jak heteroseksualni dążą do zapewnienia swoim dzieciom przyjaznej i zdrowej atmosfery. I właśnie dlatego, na podstawie doświadczeń życiowych, badań naukowych oraz w celu zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa, coraz większa ilość krajów na świecie reguluje kwestie rodzicielstwa osób homoseksualnych. W Belgii postulat adopcji dzieci przez pary homoseksualne wsparty został przez krajowy UNICEF, ONZtowską agendę ds. dzieci. W wielu innych krajach trwają prace nad odpowiednimi regulacjami.

Instynkt rodzicielski nie jest w żadnej mierze zależny od naszej orientacji. Geje i lesbijki mają takie same potrzeby i prawo do posiadania dzieci jak osoby heteroseksualne. W przeciwieństwie do wielu par heteroseksualnych, pary homoseksualne nie mają dzieci przypadkowo. Decyzja o wychowywaniu dziecka w takim związku jest podejmowana świadomie i odpowiedzialnie, nie ma mowy o wpadce. Jest odpowiedzialność i determinacja. Bo wychowanie dziecka w homoseksualnej rodzinie, w naszym społeczeństwie wymaga wyjątkowej dojrzałości.

Tworzą też rodziny, które w Polsce stanowią znaczny odsetek gospodarstw domowych. Tradycyjna rodzina heteroseksualna złożona z kobiety i mężczyzny oraz dzieci wcale nie jest tak powszechna jak nam się wydaje. Według Narodowego Spisu Powszechnego takich rodzin jest w naszym kraju tylko 55 proc. Czy pozostałe 45 proc., a wśród nich rodziny homoseksualne to patologia? Wyznacznikiem zdrowej rodziny nie jest jej kompozycja płciowa, ale miłość, opieka, partnerstwo… Wartości te są uniwersalne – wynikają głównie z naszej osobowości, mniej z faktu bycia kobietą czy mężczyzną, osobą hetero- czy homoseksualną.

* * *

Jestem głęboko przekonany, iż wszystkie przedstawione przeze mnie problemy z tolerancją wobec osób homoseksualnych mogą zostać rozwiązane tylko dzięki dobrej woli całego społeczeństwa. Politycy mogą za pomocą przycisków w parlamencie decydować o tym czy porzucimy nieludzki język pogardy dla gejów i lesbijek, pozwolimy na cywilizowane życie parze kochających się dorosłych ludzi, wprowadzimy rzetelną edukację o homoseksualności, ale nie zmienią naszej mentalności i myślenia. Ta część pracy nad naszą osobistą tolerancją należy już do nas samych. Homofobia jest ważnym problemem społecznym, a dwa miliony gejów i lesbijek żyjących w Polsce nie są tematem zastępczym. Żyją wśród nas – są naszymi nauczycielami, uczniami, sprzedawcami, braćmi i siostrami. Warto spróbować ich zrozumieć i pomóc im w niełatwym życiu.

Szczycimy się naszą tradycyjną tolerancją. Mityczna, wręcz dogmatyczna, polska tolerancja wymaga od nas tej deklaracji, by zaraz potem przejść do ataku. „Jestem tolerancyjny, ale” – i tutaj pada cała litania ksenofobicznych, rasistowskich, homofobicznych argumentów. Jestem przekonany, że tylko dzięki edukacji, połączonej z dialogiem jesteśmy w stanie porzucić to fałszywe „ale” i stać się prawdziwie tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.

poniedziałek, 20 września 2010

Richard Dawkins - Ratzinger jest wrogiem ludzkości

To jest pełen tekst przemówienia, który planowałem wygłosić na demonstracji w Londynie przeciwko papieżowi 18 września 2010 r. Przemówienie wygłoszone w Whitehall było znacznie krótsze, ponieważ demonstracja była tak olbrzymia (szacuje się ją na 15 tysięcy), iż przemówienia zaczęły się później i musiały zostać skrócone

Czy Joseph Ratzinger powinien był być witany z całym przepychem i ceremoniałem należnym głowie państwa? Nie. Jak pokazał Geoffrey Robertson w The Case of the Pope:

...pretensje Stolicy Apostolskiej do państwowości opierają się na faustowskiej transakcji, w której Mussolini przekazał Kościołowi 23 tysiące metrów kwadratowych centralnego Rzymu w zamian za poparcie swojego faszystowskiego reżimu. Nasz rząd wybrał okazję wizyty papieskiej, żeby ogłosić swoje intencje kłaniania się Bogu. Przyjaciel zauważył, że możemy chyba spodziewać się rychłego przekazania Watykanowi Hyde Parku, żeby przypieczętować umowę.

Czy więc Ratzinger powinien być witany jako głowa kościoła? Dlaczego nie, jeśli poszczególni katolicy chcą przymknąć oczy na jego wiele grzechów i rozwinąć czerwony dywan pod jego markowe buty, to niech to zrobią. Niech jednak nie proszą nas, byśmy za to płacili. Nie proście brytyjskich podatników, by sfinansowali misję propagandową instytucji, której bogactwo jest mierzone w dziesiątkach miliardów: bogactwo, dla którego zwrot „nieuczciwie zdobyte" mogło być specjalnie wymyślony. I oszczędźcie nam mdlącego spektaklu królowej, księcia Edynburgu i dobranych przedstawicieli korony i innych dygnitarzy płaszczących się i przymilających mu służalczo, jak gdyby był kimś, kogo powinniśmy szanować.

Niektórzy szanowali poprzednika Benedykta, Jana Pawła II, jako świętego człowieka. Ale nikt nie mógłby, zachowując powagę, nazwać Benedykta XVI świętym. Kimkolwiek ten obleśny krętacz może być, nie jest on święty. Czy jest intelektualistą? Erudytą? Często się tak twierdzi, chociaż dalece nie jest jasne, co jest takiego w teologii, o czym można być erudytą. Z pewnością nic godnego szacunku.

Nieszczęsny fakcik, że Joseph Ratzinger wstąpił do Hitlerjugend, jest przedmiotem powszechnie dochowywanego moratorium. Jak dotąd sam go przestrzegałem. Jednak, po oburzającym przemówieniu papieża w Edynburgu, w którym obwiniał ateistów za Hitlera, nie można oprzeć się uczuciu, że rzucił rękawicę. Słyszeliście, co powiedział?

Za naszego życia pamiętamy jak Wielka Brytania i jej przywódcy stali przeciwko nazistowskiej tyranii, która chciała wymazać Boga ze społeczeństwa i odmawiała wspólnego człowieczeństwa wielu, a szczególnie Żydom… Kiedy rozmyślamy nad otrzeźwiającymi lekcjami ateistycznego ekstremizmu dwudziestego wieku…


Zastanawiają umiejętności PR doradców, którzy puścili te zdania. Oh, ależ oczywiście, zapomniałem, jego starszym doradcą jest ten kardynał, który rzucił jedno spojrzenie na urzędników imigracyjnych na Heathrow i doszedł do wniosku, że musiał wylądować w trzecim świecie. Biedny człowiek niewątpliwie dostał przepisane mnóstwo Zdrowasiek, dodatkowo do ataku dyplomatycznej podagry — i nie da się uciec od myśli, czy dotknięta boleścią noga jest tą, którą pakuje on sobie w usta.


Na początku zirytował mnie haniebny atak papieża na ateistów i świeckich, ale potem uznałem go za dodający otuchy. Sugeruje on, że tak nimi potrząsnęliśmy, iż musieli uciec się do znieważania nas w rozpaczliwej próbie odwrócenia uwagi od skandalu gwałconych dzieci.


Jest prawdopodobnie zbyt wysokim wymaganiem, by 15-letni Ratzinger przejrzał nazistów. Jako pobożny katolik miał wbite do głowy, wraz z katechizmem, obrzydliwą ideę, że wszyscy Żydzi są odpowiedzialni za zabicie Jezusa — oszczerstwo „zabójców Chrystusa" — odrzucone dopiero przez II Sobór Watykański (1962-1965). Psychika niemieckiego katolika była w owym czasie przesiąknięta odwiecznym antysemityzmem.


Adolf Hitler był rzymskim katolikiem. A przynajmniej był rzymskim katolikiem w tym samym stopniu co 5 milionów tak zwanych rzymskich katolików dzisiaj w naszym kraju. Hitler bowiem nigdy nie wyrzekł się swojego otrzymanego przy chrzcie katolicyzmu, który niewątpliwie jest podstawą liczenia 5 milionów rzekomych brytyjskich katolików dzisiaj. Nie można mieć tego na oba sposoby. Albo macie 5 milionów brytyjskich katolików, w którym to wypadku macie także Hitlera. Albo Hitler nie był katolikiem, w którym to wypadku musicie podać uczciwą liczbę rzeczywistych katolików w dzisiejszej Wielkiej Brytanii — liczbę tych, którzy naprawdę wierzą, że Jezus zamienia się w opłatek, jak to przypuszczalnie wierzy były profesor Ratzinger.


W każdym razie Hitler z pewnością nie był ateistą. W 1933 r. twierdził, że „położył kres ateizmowi", zakazując większość niemieckich organizacji ateistycznych, włącznie z Niemiecką Ligą Wolnomyślicieli, których budynek zamienił na biuro informacyjne ds. kościelnych.


Hitler co najmniej wierzył w osobową „Opatrzność", przypuszczalnie pokrewną Boskiej Opatrzności przywołanej przez kardynała arcybiskupa Monachium w 1939 r., kiedy Hitler uniknął zamachu i kardynał zarządził specjalne Te Deum w katedrze monachijskiej, żeby podziękować Boskiej Opatrzności w imieniu archidiecezji za szczęśliwe uratowanie Führera.


Możemy nigdy nie dowiedzieć się, czy Hitler identyfikował swoją „Opatrzność" z Bogiem kardynała. Ale z pewnością znał swoich w przeważającej mierze chrześcijańskich zwolenników, miliony dobrych niemieckich chrześcijan z Gott mit uns na klamrach swoich pasów, którzy wykonywali dla niego brudną robotę. Znał swoją bazę poparcia. Hitler z całą pewnością kłaniał się Bogu. Oto fragment przemówienia, jakie wygłosił w Monachium, sercu katolickiej Bawarii w 1922 roku:

Moje uczucia jako chrześcijanina kierują mnie do Mojego Pana i Zbawiciela jako do bojownika. Kierują mnie do człowieka, który kiedyś w samotności, otoczony przez niewielu wyznawców, rozpoznał czym są Żydzi i wezwał ludzi, by walczyli przeciwko nim i który — prawda, na Boga! — był największy nie jako cierpiętnik, ale jako bojownik. W bezgranicznej miłości jako chrześcijanin i jako mężczyzna czytałem te fragmenty, które mówią nam, jak Pan wreszcie podniósł się w całej Swojej mocy i chwycił bicz, by wygnać ze Świątyni tę zgraję węży i żmij. Jak wspaniała była Jego walka przeciwko żydowskiej truciźnie. Dzisiaj, po dwóch tysiącach lat, z najgłębszym uczuciem uznaję dogłębniej niż kiedykolwiek przedtem fakt, że to z tego powodu rozlał Swoją krew na Krzyżu.

To tylko jedno z licznych przemówień i fragmentów Mein Kampf, w których Hitler przywołuje chrześcijaństwo. Nic dziwnego, że otrzymał tak gorące poparcie hierarchii katolickiej w Niemczech. Poprzednik Benedykta, Pius XII, nie jest bez winy, jak to w sposób miażdżący pokazał katolicki pisarz John Cornwell w książce Papież Hitlera.


Byłoby niegrzeczne przedłużanie tego punktu, ale przemówienie Ratzingera w Edynburgu w czwartek było tak haniebne, tak hipokrytyczne, tak przypominające dźwięk kamieni rzucanych przez ściany szklarni, że uznałem, iż muszę odpowiedzieć.

Nawet gdyby Hitler był ateista — tak jak z pewnością był nim Stalin — jak Ratzinger ośmiela się sugerować, że ateizm ma jakikolwiek związek z ich koszmarnymi czynami? W większym stopniu niż niewiara Hitlera i Stalina w krasnoludki lub jednorożce. W większym stopniu niż noszenie przez nich wąsów - wraz z Franco i Saddamem Husajnem. Nie ma logicznej ścieżki od ateizmu do niegodziwości. Chyba, że jest się przesiąkniętym ohydną plugawością z samego sedna teologii katolickiej. Chodzi mi o doktrynę grzechu pierworodnego (i dziękuję Pauli Kirby za zwrócenie na to uwagi). Ci ludzie wierzą — i uczą tego małe dzieci równocześnie z uczeniem ich przerażających kłamstw o piekle — że każde dziecko jest „urodzone w grzechu". Nawiasem mówiąc, jest to grzech Adama; Adama, który, jak sami teraz przyznają, nigdy nie istniał. Grzech pierworodny oznacza, że od momentu narodzenia jesteśmy niegodziwi, zepsuci, skazani. Chyba, że wierzymy w ich Boga. Lub jeśli damy się nabrać na marchewkę nieba i kij piekła. To, panie i panowie, jest obrzydliwa teoria, która prowadzi ich do zakładania, że to bezbożność uczyniła potwory z Hitlera i Stalina. Wszyscy jesteśmy potworami, jeśli nie zbawi nas Jezus. Cóż za plugawa, zdeprawowana i nieludzka teoria, żeby na niej opierać życie.

Joseph Ratzinger jest wrogiem ludzkości.

Jest wrogiem dzieci, których ciała pozwalał gwałcić i zachęcał, by zakażać ich umysły poczuciem winy. Jest żenująco oczywiste, że kościół mniej obchodziło ratowanie ciał dzieci przed gwałcicielami niż ratowanie dusz księży przed piekłem; a najbardziej obchodziło go ratowanie reputacji samego kościoła.

Jest on wrogiem homoseksualistów, narzucając na nich ten rodzaj bigoterii, jaką kościół dawniej rezerwował dla Żydów.

Jest wrogiem kobiet — zakazując im kapłaństwa, jak gdyby penis był zasadniczym narzędziem obowiązków duszpasterskich. Jaki inny pracodawca ma pozwolenie na dyskryminację z powodu płci, kiedy wykonywanie pracy ewidentnie nie wymaga siły fizycznej lub jakiejś innej cechy, która mogą mieć tylko mężczyźni?

Jest wrogiem prawdy, propagując bezczelne kłamstwa o prezerwatywach nie chroniących przed AIDS, szczególnie w Afryce.

Jest wrogiem najbiedniejszych ludzi na planecie, skazując ich na zbyt duże rodziny, których nie mogą nakarmić i trzymając ich w ten sposób w więzach wiecznej nędzy. Nędzy, która kontrastuje z obscenicznym bogactwem Watykanu.

Jest wrogiem nauki, blokując niesłychanie istotne badania nad komórkami macierzystymi nie z powodu moralności, ale przednaukowych przesądów.


Rzecz mniej poważna z mojego punktu widzenia, Ratzinger jest także wrogiem kościoła królowej, arogancko potwierdzając obraźliwe słowa poprzednika o anglikanizmie jako „absolutnym zerze i całkowicie pustym", bezwstydnie starając się równocześnie przeciągnąć pastorów anglikańskich, by podeprzeć żałośnie malejące własne kapłaństwo.

Na koniec, co jest moją najbardziej osobistą troską, jest on wrogiem edukacji. Całkiem niezależnie od długotrwałych szkód psychicznych spowodowanych poczuciem winy i strachem, które osławiły edukację katolicka na całym świecie, on i jego kościół szerzą zgubną dla edukacji doktrynę, że dowody są mniej wiarygodną podstawą przekonań niż wiara, tradycja, objawienie i autorytet — jego autorytet.


Richard Dawkins.net, 19 września 2010

tłum. Małgorzata Koraszewska

racjonalista.pl, 20.09.2010

RICHARD DAWKINS
Wybitny ewolucjonista, profesor Uniwersytetu w Oxfordzie. Urodził się w 1941 roku w Nairobi. Autor książki Samolubny gen, w której nadał nazwę i spopularyzował koncepcję George’a C. Williamsa, a która rzuciła nowe spojrzenie na przyczyny i sposoby ewolucji. Koncepcja ta umożliwiła lepsze niż kiedykolwiek wcześniej zrozumienie i wytłumaczenie motywów ludzkich (i zwierzęcych) zachowań, na gruncie zarówno biologii molekularnej, jak i psychologii ewolucyjnej. Najważniejsze jego publikacje: Samolubny gen (The Selfish Gene, 1976); Ślepy zegrarmistrz (The Blind Watchmaker, 1986); Fenotyp rozszerzony. Dalekosiężny gen (1982); Rzeka genów (River Out of Eden, 1995); Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa (Climbing Mount Improbable, 1996); Rozplatanie tęczy (Unweaving the Rainbow, 1998), The Ancestor’s Tale (2004), Bóg urojony (God Delusion, 2006), The Greatest Show on Earth (2009).

środa, 14 kwietnia 2010

Nigdy nie służyłbym homofobicznemu Bogu

12 marca tego roku ukazał się w the Washington Post artykuł abp Desmonda Tutu zatytułowany „In Africa, a step backward on human rights”.

Artykuł dotyczy przede wszystkim sytuacji na rodzinnym kontynencie arcybiskupa i noblisty, co już samo w sobie jest bardzo ciekawą rzeczą, bo niewiele na te tematy wiemy, ale to, co Tutu pisze, wykracza dalece poza afrykański kontekst. Z tekstów, które można w tej chwili znaleźć w internecie, ten wydaje się być najbardziej całościowym ujęciem poglądów emerytowanego prymasa Południowej Afryki na zagadnienie LGBT. Można jedynie wyrazić żal, że większość afrykańskich hierarchów zajęła w tej kwestii inne stanowisko. Tym bardziej jednak warto zapoznać się z tym artykułem.

Na nienawiść nie ma miejsca w domu Bożym. Nikogo nie powinno się pozbawiać naszej miłości, naszego współczucia czy naszej troski z powodu rasy czy płci, wiary czy pochodzenia etnicznego – albo z powodu jego orientacji seksualnej. Tak jak nikogo nie powinno się pozbawiać opieki zdrowotnej z któregokolwiek z tych powodów. W moim kraju, Południowej Afryce, zmagaliśmy się przez lata ze złym systemem apartheidu, który dzielił istoty ludzkie, dzieci tego samego Boga, przez klasyfikację rasową, a następnie pozbawił wiele z nich fundamentalnych praw człowieka. Wiemy, że to było złe. Na szczęście, świat wspierał nas w naszych zmaganiach o wolność i godność.

Nadszedł czas, by podnieść głos przeciwko innemu złu.

Geje, lesbijki, osoby biseksualne i transseksualne należą do tak wielu rodzin. Należą do rodziny ludzkiej. Należą do Bożej rodziny. I, oczywiście, należą do rodziny afrykańskiej. Jednakże fala nienawiści rozprzestrzenia się na moim ukochanym kontynencie. Ponownie pozbawia się ludzi ich fundamentalnych praw i wolności. W Senegalu fałszywie oskarżono i uwięziono ludzi, ucierpiała również opieka medyczna nad nimi i ich społecznością. W Malawi więzi się i upokarza mężczyzn za wyrażanie ich więzi partnerskiej z innymi mężczyznami. W tym miesiącu tłum zaatakował w Mtwapa Township w Kenii podejrzanych o bycie gejami. Kenijscy przywódcy religijni, wstydzę się to powiedzieć, grozili klinice dla zakażonych wirusem HIV za to, iż oferowała pomoc wszystkim członkom tej społeczności, ponieważ kler chciał wykluczyć z niej homoseksualistów.

Ugandyjski parlament debatuje nad prawem, które penalizowałoby homoseksualizm pod sankcją dożywotniego więzienia, a inne dyskryminujące ustawodawstwo było dyskutowane w Rwandzie i Burundi. To są straszliwe kroki wstecz dla praw człowieka w Afryce.

Nasi homoseksualni bracia i siostry w całej Afryce żyją w strachu.

I żyją w ukryciu – z dala od opieki, z dala od ochrony, którą państwo powinno dawać każdemu obywatelowi oraz z dala od opieki medycznej w epoce AIDS, gdy każdy z nas, a szczególnie Afrykańczycy, potrzebuje dostępu do podstawowych usług związanych z problemem HIV. To, że do nietolerancji skłaniają się politycy poszukujący kozłów ofiarnych z powodu swych porażek, nie jest niespodzianką. Ale jest wielkim złem. Jeszcze większym zgorszeniem jest to, że czyni się to w imię Boga. Pokażcie mi gdzie Chrystus powiedział „Miłuj bliźniego swego, za wyjątkiem geja”. Również homoseksualni ludzie są stworzeni na obraz mojego Boga. Nigdy nie służyłbym homofobicznemu Bogu.

„Ale to grzesznicy”, słyszę od kaznodziejów i polityków. "Wybierają grzeszne życie, za które muszą zostać ukarani”.

Moi przyjaciele ze sfer naukowych i medycznych dzielą ze mną wizją rzeczywistości, którą wielu gejów potwierdza, i o której jestem teraz przekonany w sercu, że jest prawdziwa. Nikt nie wybiera bycia gejem. Orientacja seksualna, jak kolor skóry, jest kolejną cechą naszej różnorodności jako rodziny ludzkiej. Czyż to nie wspaniałe, że jesteśmy wszyscy uczynieni na obraz Boga, a jednocześnie jest tyle różnorodności pośród Jego ludzi? Czy Bóg kocha w mniejszym stopniu swoje ciemno-, bądź jasnoskóre dzieci? Odważne bardziej niż nieśmiałe? I czy ktoś z nas zna myśli Boga tak dobrze, że może zadecydować za niego, kto jest włączony, a kto wyłączony z kręgu jego miłości?

Fala nienawiści musi się zatrzymać. Politykom, którzy czerpią zyski z tej nienawiści, z rozdmuchiwania jej, nie wolno dać się skusić tej łatwej drodze profitowania ze strachu i niezrozumienia. A moi koledzy – duchowni wszystkich wiar muszą podnieść głos na rzecz pryncypiów uniwersalnej godności i wspólnoty. Wykluczenie nie jest nigdy krokiem do przodu na wspólnych ścieżkach do wolności i sprawiedliwości.

------

Desmond Mpilo Tutu (ur. w 1931 r.) jest arcybiskupem-seniorem Kapsztadu, a tym samym byłym anglikańskim prymasem Południowej Afryki. W latach 70. i 80. zasłynął jako jeden z przywódców w walce z systemem segregacji rasowej. Po zniesieniu systemu apartheidu zaangażował się na rzecz pojednania między białymi i czarnoskórymi obywatelami RPA. Kierując pracami Komisji na rzecz Prawdy i Pojednania walnie przyczynił się do zapobieżenia wybuchowi wojny domowej. W 1984 r. przyznano mu pokojową nagrodę Nobla. Obecnie angażuje się nadal na rzecz pokoju w świecie i praw człowieka, w tym praw osób o odmiennej orientacji seksualnej, rzucając w tej sprawie na szalę swój ogromny autorytet i odważnie zajmując inne stanowisko niż większość afrykańskich przywódców świeckich i kościelnych. Chociaż w Polsce niestety mniej znany, arcybiskup Desmond należy bez wątpienia do grona najważniejszych autorytetów moralnych we współczesnym świecie. Kieruje również pracami Desmond Tutu Peace Centre. W 2004 r. Uniwersytet Warszawski przyznał mu tytuł doktora honoris causa.

piątek, 5 marca 2010

Harald Vetter - Czym jest homoseksualizm?

69-letni dziś naukowiec (lekarz, ekonomista i filozof) Harald Vetter, ojciec czwórki dzieci i szczęśliwy małżonek, postanowił tematem swej pracy profesorskiej uczynić zagadnienie budzące wiele kontrowersji i którego sam nie rozumiał - homoseksualizm.

Harald Vetter przez wiele lat wykładał na niemieckich uniwersytetach, jest znanym neurologiem oraz psychiatrą (prowadzi własną praktykę od roku 1985) i terapeutą. Zajmował się także zagadnieniami globalizmu. Jego krytyczna analiza homoseksualizmu opiera się na czterech płaszczyznach: “homoseksualizm i historia”, “homoseksualizm i nauka”, “homoseksualizm i praktyka”, “homoseksualizm i religie”. Oto główne wnioski, do których doszedł w swych badaniach Harald Vetter:
Homoseksualizm i historia
Mimo iż pojęcie “homoseksualizmu” istnieje dopiero od roku 1869 (użyte zostało wtedy po raz pierwszy przez austriackiego dziennikarza Karla-Marię Kertbeny), to samo zjawisko istnieje już od początków człowieczeństwa. Wzmianki o nim pojawiają się we wszystkich kulturach i pradawnych rysunkach, materiałach wszelkich historycznych ludów. Niektóre z nich opowiadają o nim obiektywnie, niektóre oceniają go zarówno negatywnie, jak i w superlatywach.W starożytnej Grecji, która do dziś uznawana jest za kolebkę kultury europejskiej było oczywiste, iż człowiek może czuć pociąg psychoseksualny zarówno do płci przeciwnej, jak i tej samej, której jest przedstawicielem. Starożytni Grecy i Rzymianie uważali homoseksualizm za najwyższy szczebel miłości międzyludzkiej, uznając, niekiedy, heteroseksualizm za konieczny jedynie w celu przetrwanie gatunku, nie dający jednakże takiego zadowolenia seksualnego i więzi emocjonalnej, jak związek homoseksualny. Znani nam do dziś filozofowie, będący dla wielu autorytetami w różnych dziedzinach nauki, pełniący wtedy funkcje nauczycielskie i wychowawcze, żyli w związkach homoseksualnych. Platon i Arystoteles pisali w swych dziełach o naturalnych i całkowicie zrozumiałych przyczynach homoseksualizmu. Społeczeństwo akceptowało związki jednopłciowe i nie widziało w nich niczego niemoralnego.Dopiero z przyjściem chrześcijaństwa zaczęło się gruntownie zmieniać nastawienie do homoseksualizmu. W IV w. n.e homoseksualiści zaczęli być dyskryminowani i napiętnowani, jako “narzędzie Szatana”. Szczyt nietolerancji osiągnięty został w czasach średniowiecza, kiedy to geje i lesbijki paleni byli na stosach. Wraz z nadejściem renesansu i humanizmu, wielu filozofów i artystów zaczęło zwracać się przeciwko nagonce Kościoła, co z kolei spotkało się ze sprzeciwem władz państwowych - homoseksualizm był już wtedy nielegalny. Nie przeszkodziło to jednak w tym, aby jego przedstawiciele stawali się znaczącymi osobistościami. Wielu znanych nam artystów żyło (często w ukryciu) z partnerami tej samej płci: Leonardo da Vinci, Donatello, Dante, Szekspir, Honore de Balzac, Gauguin, Tomasz Mann, Czajkowski czy Szubert.Dziś jest już o wiele łatwiej żyć otwarcie w zgodzie ze swoją orientacją psychoseksualną. Mimo to zjawisko homoseksualizmu bardzo często jest kojarzone negatywnie, a sami homoseksualiści są nietolerowani i dyskryminowani. Dla wielu moment ich coming outu to jeden z bardziej bolesnych i trudnych momentów w życiu. Wielu z nich nie spotyka się ze zrozumieniem, próbuje się zmieniać. To prowadzi do depresji i zaburzeń emocjonalnych. Wielu wpada wtedy w zamknięty krąg imprez i przygód seksualnych, z którymi następnie środowisko LGBT jest kojarzone przez większość heteroseksualnego społeczeństwa. Tzw. "scena homoseksualna" to najczęściej ludzie, którzy nie mogąc znaleźć akceptacji i zrozumienia próbują zagłuszyć swoją wewnętrzną pustkę i ból samotności. Pojawia się ból, którego źródłem nie jest orientacja seksualna, a odrzucenie przez rodzinę i przyjaciół z jej powodu. Homoseksualiści, którzy w rezultacie swojego coming outu spotkali się z życzliwością i akceptacją, tworzą normalne, zdrowe relacje ze swoimi partnerami, wchodzą w długotrwałe związki i nie mają problemów ze swoimi emocjami.
Homoseksualizm i nauka
Do czasów współczesnych nauka nie wypowiadała się na temat homoseksualizmu. W starożytności był on tak naturalny i zrozumiały, że nie wzbudzał zainteresowania badaczy, potem stał się, w związku z nastawieniem społeczeństwa, tematem tabu. Dopiero dziś naukowcy zaczynają się zjawiskiem homoseksualizmu zajmować. Wielu prowadzi badania wśród społeczeństwa LGBT. Ich wyniki są przeróżne, większość daje sprzeczne rezultaty. Głównym mankamentem tych badań jest fakt, iż przeprowadzane są najczęściej wśród mieszkańców dużych miast, nie dają zatem miarodajnych rezultatów. Podobnie bowiem, jak i wśród heteroseksualistów, trudno porównać styl życia mieszkańców miasta i wsi.Harald Vetter pisze w swej pracy wyraźnie, iż w historii nie było ani jednego naukowo udowodnionego przypadku "wyleczenia z homoseksualizmu". Większość terapeutów, którzy się tym zajmują, są bezpośrednio związani z różnymi grupami religijnymi. Nie mogą więc obiektywnie przedstawiać stanowiska nauki, która pozostać powinna świecka. Wiele prób wyleczenia z homoseksualizmu zakończyło się wprowadzeniem "pacjentów" w stan zaburzeń emocjonalnych i nerwicy.Argument "nienaturalności" homoseksualizmu jest bezradny wobec faktu, iż w takim przypadku, ewolucja już dawno by go wyparła, w skutek czego, homoseksualiści dawno by już wymarli. Nie wymarli ponieważ są najwidoczniej Naturze do czegoś potrzebni. Dlatego też homoseksualizm występuje także w świecie zwierząt. Fakt, bardzo często przemilczany, ale jakże dobrze znany wszystkim naukowcom - od dawna obserwuje się, iż występowanie par homoseksualnych wśród populacji rośnie, gdy następuje niepokojący dla niej wzrost przyrostu naturalnego. Pary homoseksualne są także rozwiązaniem problemu nierównego podziału płci wśród populacji, obojętnie, czy chodzi o samce czy samiczki. Zjawisko to występuje u: owadów, robaków, ślimaków, ptaków oraz ssaków, przy czym, najczęściej u tej ostatniej grupy.Pojęcie "naturalny", w aspekcie aktu seksualnego i rozumieniu przeciwników homoseksualizmu, powinno odwoływać się jedynie do złożenia spermy w narządach rodnych samicy. W takim wypadku wszelkie inne działalności uznane powinny być za "nienaturalne". Obok homoseksualistów postawić powinniśmy wtedy tych, którzy żyją w celibacie, osoby aseksualne, osoby stosujące antykoncepcję, uprawiające seks oralny i analny, petting itd. itd.W roku 1952 Franz Kallman dokonał odkrycia, które powinno właściwie zakończyć wszelkie dyskusje na temat tego, czy człowiek rodzi się z określoną orientacją czy też nabywa ją w czasie socjalizacji. Przebadał on homoseksualne bliźnięta. Wszystkie bliźnięta jednojajowe były homoseksualne, a wśród bliźniąt dwujajowych było to już tylko co trzecie rodzeństwo. Jakiego dowodu wrodzonego homoseksualizmu potrzebujemy jeszcze?Dla porównania niektóre z powodów, które oceniano jako "udowodnione" przyczyny homoseksualizmu: matka niezwiązana emocjonalnie z dzieckiem, matka zbyt związana z dzieckiem, autorytarny ojciec, ojciec zdominowany przez matkę, brak ojca, ojciec zbyt intensywnie obecny w życiu dziecka, bardzo kochający i wrażliwy ojciec, surowy i zimny ojciec.“Udowodniono” również, iż: homoseksualizm jest nieuleczalny, homoseksualizm jest uleczalny,homoseksualizm powstaje, gdy organy płciowe dziecka są podczas kąpieli dotykane przez rodziców, homoseksualizm powstaje, gdy organy płciowe dziecka nie są podczas kąpieli dotykane przez rodziców.Powyższe dane nie wymagają chyba komentarza. Dodać należałoby jeszcze tylko, że wszelkie czynniki, mające wedle niektórych naukowców prowadzić do homoseksualizmu, odnaleźć można także w życiorysach osób heteroseksualnych.Biologia, medycyna, psychologia socjologia - wszystkie te dziedziny nauk prowadzą nas do jednego wniosku: homoseksualizm nie jest ani chorobą, ani defektem, a jedną z wrodzonych orientacji psychoseksualnych.
Homoseksualna praktyka
Osoby homoseksualne występują we wszystkich warstwach społecznych i we wszystkich grupach zawodowych, najczęściej jednak w zawodach związanych ze sztuką (malarze, poeci, muzycy, aktorzy) oraz tych, wymagających kontaktów z ludźmi (lekarze, nauczyciele, masażyści, fryzjerzy, duchowni). Główne formy jednopłciowego seksu opierają się na czynnościach manualnych, femoralnych (seks skoncentrowany na wewnętrznej stronie ud partnera), oralnych oraz analnych, przy czym ta pierwsza jest najbardziej rozpowszechniona. Częstotliwość uprawiania seksu przez homoseksualistów zbliża się do średniej osób uprawiających seks hetero, przy czym, u pierwszej z grup zauważa się większe zadowolenie z życia seksualnego. Niektórzy z homoseksualistów odwiedzają dark roomy (miejsca przeznaczone do przygodnego seksu, np. w klubach). Tak samo, jak niektórzy heteroseksualiści odwiedzają domy publiczne.Dlaczego jednych się ocenia jako “niemoralnych i zboczonych”, a drugim daje się na tę samą czynność ciche przyzwolenie?Podobnie jest z niektórymi okolicznościami, w jakich występują osoby homoseksualne. Ich Christopheer Street Day określane jest jako "ociekające seksem, niemoralne i obrzydliwe", a kiedy podobne imprezy organizują heteroseksualiści (karnawał w Rio de Janeiro), mówi się o dobrej zabawie i pielęgnacji zwyczajów.
Homoseksualizm i religie
Największe religie świata obejmują 95 procent ludzkości. Z 5 najpotężniejszych religii świata jedynie dwie negatywnie wypowiadają się na temat homoseksualizmu. Zarówno buddyzm, jak i hinduizm oraz konfucjanizm nie widzą w homoseksualnej praktyce niczego niemoralnego czy złego. W przeciwieństwie do nich, islam oraz chrześcijaństwo są do owego zjawiska nastawione negatywnie i obie religie w swej historii osoby homoseksualne mordowały i prześladowały. Nam, Europejczykom najbardziej znana i bliska jest religia chrześcijańska, dlatego też i jej założeniom, przyjrzeć należałoby się bliżej. Opiera się ona na Biblii - jedynej książce uznawanej za autorytet, a która przez lata spoczywała w rękach tyranów i przez nich też była wiele razy na fałszowana. Przesłania Jezusa zawarte w Biblii można by spisać na mniej więcej dwóch kartkach papieru A4, reszta to dzieła i opinie innych osób. Zaznaczyć należy przy tym, że sam Jezus nie wypowiedział się ani razu na temat homoseksualizmu. Jak bardzo wczytywalibyśmy się w jego słowa cytowane w Nowym Testamencie, nie znajdziemy ani zdania na temat homoseksualizmu.Co więcej, w Piśmie Świętym znajdziemy wiele przykładów homoseksualizmu, które nie są przedstawiane w negatywnym świetle. Choćby miłość Dawida do Jonatana, którego kochał ponad wszystko, z którym nie rozstawał się ani na chwilę. Sam Jezus odwiedzany był przez 6 nocy przez młodzieńca "odzianego, tylko w koszulę", którego uczył on nocami, czym jest "Królestwo Boże"- fragment ten zaczerpnięty jest z Ewangelii św. Marka (sytuację pozostawiam do wolnej interpretacji). Jezus wypowiedział się tylko raz pośrednio na temat samej seksualności, ratując prostytutkę Marię Magdalenę od ukamienowania. Otoczył on ją opieką i obdarzył szacunkiem, pomimo jej "grzechów", mówił o miłości bliźniego. Miłość bliźniego nie wyklucza homoseksualizmu. Fragment o "grzechu Sodomy i Gomory" mówi, o tym, jak to “Bóg wydał ich na…”, a więc skoro było to wolą Boga, jak można od homoseksualistów wymagać odwrócenia się od swojej seksualności, skoro jest ona… wolą Boga? Wielu broni stanowiska Kościoła w stosunku do homoseksualistów, za argument podając, iż jest ono oparte nie tylko na Biblii, a także tekstach “Ojców Kościoła”. Oto niektórzy z nich:Zdaniem Augustyna, który sam pozostawał w związkach z mężczyznami, każdy akt seksualny nieprowadzący do zapłodnienia jest nienaturalny, przy czym, uważał prostytucję za naturalną i potrzebną. Był także zdania, iż kobieta nie została stworzona na podobieństwo Boga, jest tworem mniej istotnym niż mężczyzna i służyć ma mu jedynie, jako pomoc.Święty Tomasz z Akwinu, którego dzieła uznawane są od roku 1879 za oficjalną filozofię Kościoła, twierdził iż płód męski ma duszę po 40 dniach od zapłodnienia, kobiecy dopiero po 80. Kobiety rodzą się z “uszkodzonej” spermy i są mniej ważne od mężczyzn. Prawdziwym człowiekiem jest jedynie mężczyzna. Żydzi uznani zostali przez niego za niewolników Kościoła i tym samym za katolików.Filon z Aleksandrii uznał za nienaturalne: homoseksualizm, celibat (!), masturbację oraz sytuację, w której mężczyzna nie opuszcza kobiety, która okazuje się być bezpłodną.Między innym, dzięki wypowiedziom wyżej wymienionych panów, za moralne uważano przez lata piętnowanie i mordowanie niewinnych ludzi. Nie tylko tych panów zresztą:“Nie robię nic innego, niż Kościół robi nieustannie od pięciuset lat, tylko skuteczniej.” (“Mein Kampf”, Adolf Hitler)Dziś za moralne uważa się leczenie homoseksualistów, gdyż w ten sposób "ratuje się ich duszę" - wszystko w imię Boga. Niegdyś ich mordowano - także w imię Boga. Dodać należy także, iż wierzący homoseksualiści zakładają własne Kościoły i próbują odnaleźć własne interpretacje Pisma Świętego. Wspierani są przez wielu duchownych.Zadaniem współczesnego społeczeństwa jest zwrócenie uwagi na to, iż homoseksualizm jest normalną, wrodzoną orientacją psychoseksualną i sprawienie, by sami homoseksualiści nie musieli zwracać na siebie uwagi poprzez Christopheer Street Day, czy też inne jednorazowe akcje, które większość raczej odstraszają, niż zwracają uwagę na prawdziwy problem każdego homoseksualisty, jakim jest ogromna potrzeba akceptacji i zrozumienia, że nie jest ani chory, ani niemoralny.Homoseksualiści potrzebują pomocy, ale nie terapeutów, a pomocy w tym, by jako mniejszość móc odnaleźć się w społeczeństwie i mieć siłę walczyć ze stereotypami i uprzedzeniami. By mieć siłę walczyć o słusznie im się należące prawa, by mieć siłę zbywać śmiechem kolejne obelgi pod ich adresem i być obiektem ciągłych dyskusji o jego (nie)moralności, (nie)naturalności itd.Czym jest homoseksualizm? Tym, czym jest on nieustannie od zarania dziejów - jedną z orientacji psychoseksualnych. Niczym więcej.