czwartek, 7 lipca 2011

Mariusz Agnosiewicz - Ludobójstwo w imię Chrystusa

"Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!" — pisze św. Marek. Poszli więc, uzbrojeni po zęby. Zaopatrzeni w papieskie pełnomocnictwa. W ciągu pierwszych stu pięćdziesięciu lat „ewangelizacji" Ameryki Południowej, zginęły miliony jej pierwotnych mieszkańców.Jan Paweł II nie zdobył się na prawdę o podboju i zniszczeniu, za które odpowiadają przecież nie tylko katoliccy władcy, ale i duchowieństwo. Przeciwnie, uświęcił huczne obchody „500-lecia ewangelizacji Ameryki Łacińskiej", kiedy w tym czasie postępowe środowiska katolickie domagały się, aby papiestwo wykorzystało rocznicę do przeproszenia za zbrodnie wobec Indian.

Niesmak budzą słowa Jana Pawła II podczas kazania na Santo Domingo w 1992 r.: - Zgromadziliśmy się przed latarnią Kolumba, która swą formą krzyża ma symbolizować krzyż Chrystusa wbity w tę ziemię w 1492 roku. W ten sposób chciano uczcić wielkiego admirała, który dał pisemny wyraz swojej woli: "Ustawiajcie krzyże na wszystkich drogach i traktach, żeby im Bóg pobłogosławił (...) Tak rozpoczęła się siejba cennego daru wiary". A jak się zakończyła - wszyscy wiemy.

Niektórzy pasterze Kościoła zdobyli się na wyznanie prawdy o owej „siejbie cennego daru wiary", np. Biskup Xingu - Erwin Kräutler powiedział, że Kościół katolicki wtargnął przed 500 laty do Ameryki Łacińskiej, „w europejskim stroju, bez respektu dla indiańskich kultur" i stał się współwinny „największej masakrze w dziejach ludzkości", zaś jego misjonarze potępili wszelkie uczucia religijne Indian jako „pochodzące od szatana". Rok później Jan Paweł II przemawiając na tym kontynencie, skwapliwie przemilczał tę okrutną prawdę.

Słusznie więc w odpowiedzi na te kościelne obchody pewna Indianka powiedziała, że od czasów Kolumba zaczął się „proces eksterminacji, który nigdy nie ustał", a rok 1992 nie był żadnym powodem do świętowania, gdyż „Holocaustu popełnionego na Żydach też się przecież nie celebruje, tylko oddaje cześć pamięci ofiar ludobójstwa".

Dziś wypaczanie tego „dziedzictwa chrześcijańskiego" kontynuuje popularny fundamentalista Mel Gibson, który po przedstawieniu śmierci Chrystusa, zabrał się za okres schyłkowy Majów. Gwatemalski pełnomocnik ds. rasizmu, Ricardo Cajas powiedział, że "Apocalypto" przedstawia Majów w bardzo niekorzystnym świetle. Uznał, że ostatnie dzieło Gibsona cofa rozumienie tej starożytnej cywilizacji przynajmniej o 50 lat. Film przedstawia Majów jako barbarzyńców i morderców, których uratować może jedynie przybycie Hiszpanów.

Nawracanie tubylców

12 października 1492 Krzysztof Kolumb „odkrył" Amerykę i otwarł chrześcijaństwu tereny, w które wczesniej herezją było wierzyć. Istnieniu antypodów zaprzeczali bowiem znamienici Ojcowie Kościoła, tacy jak Laktancjusz oraz św. Augustyn. Na przekór postanowieniom myślicieli, okazały się jednak istnieć.

Relacja Krzysztofa Kolumba z pierwszej wyprawy odkrywczej, Haiti:

"Nie mają żadnej religii ani bałwochwalstwa. Wierzą jedynie, że w niebie mieszka wszelka moc, wszelkie dobro; wierzą niezbicie, że ja z moimi okrętami i moi ludzie zstąpiliśmy z nieba Tak tedy Zbawiciel dał owo zwycięstwo Naszym Najjaśniejszym Królowi i Królowej oraz ich królestwom, rozsławionym dzięki tej sprawie tak ważnej, że całe chrześcijaństwo powinno się radować i uroczyście to obchodzić, aby złożyć dziękczynienie Trójcy Przenajświętszej w licznych uroczystych modłach nie tyle z powodu chwały, która przez to spadnie na nie przez nawrócenie wielkiej liczby ludów na naszą świętą wiarę, ale również z powodu bogactw materialnych"

Wraz z kolonizatorami, ściągali do Nowego Świata funkcjonariusze kościelni. W 1502 r. wraz z gubernatorem pojawiło się na Haiti 17 franciszkanów, w 1509 ściągnęli pierwsi dominikanie, w 1511 do Puerto Rico przybyło 24 misjonarzy. W 1516 Ximenes (arcybiskup Toledo - przyp. red.) postanowił, że do Nowego Świata nie może odpłynąć żaden statek bez księdza na pokładzie. Duchowni zaczęli chrzcić na potęgę, bez pytania o zgodę zainteresowanych. Wychwalany przez papieża „apostoł Brazylii", José de Anchieta z Towarzystwa Jezusowego, głosił dewizę: - Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w rok po wstąpieniu na tron. Inny misjonarz, franciszkanin Juan de Zumárraga, pierwszy meksykański arcybiskup, wyróżnił się w niszczeniu miejsc lokalnego kultu. W 1531 r. donosił o zburzeniu ponad pięciuset świątyń i ponad dwudziestu tysięcy wizerunków bożków.

Zniszczenie Azteków

Ferdynand Cortez również potraktował nakaz Pana poważnie. W roku 1519, wraz z armią uzbrojoną w broń palną, krzyże i Biblie wyruszył głosić Ewangelię Indianom meksykańskim. Było im o tyle łatwiej, że wśród Indian krążył mit o białym bogu, używającym znaku krzyża, który przybył na te ziemie, by nauczyć ludzi uprawy roli, rzemiosła, zapoznać ich z pismem, przekazać wiedzę, a podstępnie zmuszony do opuszczenia kraju obiecał, że kiedyś powróci. Jako bogowie swoją hekatombę w imieniu Ewangelizacji narodów prowadzili łatwo i szybko. Podobnie jak w przypadku Sasów - „Bóg wszechmogący zatriumfował". Tylko znów ewangelizowanych zostało niestety jak na lekarstwo.

Zniszczenie Inków

Podboju imperium inkaskiego dokonał niepiśmienny poszukiwacz przygód, Franciszek Pizarro. W latach 20. XVI w. opanował wybrzeże Peru, docierając do granic państwa Inków. W roku 1531 wraz grupą chrześcijan, jeszcze mniejszą niż oddział Corteza, wyruszył w głąb lądu. "Władca Inków, Atahualpa, mógł w każdej chwili zetrzeć ich z powierzchni Ziemi, zamiast tego jednak, słał do nich pokojowe posłannictwa, zorganizował także spotkanie z przybyszami. Nigdy nie dowiemy się czy motywem jego działania był strach o podłożu religijnym, czy też przeświadczenie o własnej sile. W otoczeniu ogromnej świty, która na znak pokojowych intencji przyszła na spotkanie nieuzbrojona, Atahualpa przywitał Pizarra. W ciągu następnych kilku minut rozpoczęła się masowa masakra bezbronnych Inków, a ich władca został wzięty do niewoli. Ponownie, Indianie pozbawieni swojego przywódcy nie byli zdolni do jakichkolwiek działań. Atahualpa zorganizował własny wykup — ogromne ilości złota i srebra, których zebranie zajęło wiele miesięcy. Po uiszczeniu zapłaty, Hiszpanie osądzili władcę Inków i skazali na śmierć. W dowód łaski za to, że przeszedł on na wiarę chrześcijańską, Atahualpa nie został spalony na stosie, lecz uduszony"

Zniszczenie Majów

Głównym odpowiedzialnym za zniszczenie kultury i religii Majów jest franciszkanin Diego de Landa (1524-1579) — ten sam, który napisał o Majach znane dziełko Relacion de las cosas de Yucatan. Oto fragment publikacji naukowej opisującej działalność inkwizycyjno-destrukcyjną Landy:

"Był to dokładnie rok , kiedy o. Diego de Landa, zwierzchnik misji franciszkańskiej w Jukatanie, wezwał Święte Oficjum Inkwizycji w odpowiedzi na raporty o odstępstwach wśród chrześcijańskich konwertytów.

Zakonnicy pod dowództwem Landy, uzbrojeni w kwestionariusze, prowadzili inspekcje poza granicami Jukatanu. Wielka liczba podejrzanych „idolatrów", czyli wyznawców majańskich bogów, została w ich wyniku aresztowana i oskarżona. Jeśli nierychliwie składali zeznania, zakonnicy "wybierali na ogół zamiast tortur, zawieszenie delikwenta za rozciągnięte ręce na linie", jak napisał Landa, jakkolwiek był on opisywany jako „królowa tortur". Kiedy zachodziła dalsza potrzeba, zakonnicy używali bata, mocowali do stóp wiszących na linie kamienne obciążenia, pryskali na skórę gorący wosk lub gotującą się wodę, wiązali powrozy wokół ramion i ud, które następnie były zaciskane przez obroty desek lub kół pasowych. Czasami wyprowadzali człowieka na dwór, gdzie rozwierano mu usta za pomocą kołków, by następnie wlewać w nie tak wiele wody, aż do spuchnięcia brzucha, po czym stali nad nim, dopóki woda zmieszana z krwią nie wypływała ustami, nosem, uszami. Po uzyskaniu przyznania zapadał wyrok, który mógł oznaczać 200 batów, nakaz noszenia do trzech lat wyróżniającego stroju — żółtej koszuli z czerwonym krzyżem lub uczynienie niewolnikiem na okres do pięciu lat".

W toku jego dalszej działalności, na postępowanie inkwizytora Landy złożono liczne skargi do pierwszego biskupa Jukatanu, Francisco Torala, który powołał komisję do ich zbadania.

„Na podstawie danych, które zebrali, wobec 6330 osób zastosowano kary kościelne (grzywny — przyp. autor), kolejne 4549 zostało poddane torturom. W wyniku tortur 32 osoby zostały ranne lub okaleczone, 157 osób zmarło, 13 osób popełniło samobójstwo tuż przed aresztowaniem, a 18 osób zaginęło".

Biskup Toral stwierdził, że dowody zebrane przez Landę w jego postępowaniach w ogromnej mierze były fałszywe. W konsekwencji uwolnił wszystkich jego więźniów. Działalność inkwizycyjna Landy w Jukatanie zakończyła się w 1564 r., kiedy został odwołany do Hiszpanii. W następstwie jego działalności, król Filip II pozbawił zakony mnisze uprawnień jurysdykcyjnych w sprawach wiary oraz wyjął wszystkich Indian spod jurysdykcji Inkwizycji. Ostatecznie jednak Landa został rozgrzeszony dzięki inkwizytorowi Pedro de Guzmanowi i w 1573 r. triumfalnie wrócił na Jukatan, gdzie objął biskupstwo po nieżyjącym Toralu.

Głównym momentem destrukcji kultury Majów było sławetne auto-da-fé zorganizowane przez o. Landę w mieście Mani na Jukatanie w dniu 12 lipca 1562 r. Spalono wówczas ponad 40 ksiąg Majów (do dziś zachowały się jedynie 4), ok. 20 tys. świętych obrazów i rekwizytów ich religii. Wydarzenie to miało traumatyczny wpływ na Indian. Jak przyznał sam Landa:

"Ludzie ci również korzystali z pewnych znaków lub liter, za pomocą których zapisywali w swych księgach pradawne sprawy i nauki. Znaleźliśmy wiele ksiąg spisanych tymi znakami, a że nie było w nich nic innego jeno przesądy i diabelskie łgarstwa, przeto wszystkie je spaliliśmy, co wywołało zadziwiający ich żal oraz ogromną boleść".

Dziś w miejscu tym stoi restauracja „Auto da fe", która zawiera tablicę upamiętniającą zbrodnie o. Landy oraz obrazy ilustrujące niszczenie kultury Majów przez zakonników franciszkańskich.

Dla krytyków polityki Izraela wobec Palestyny

Izrael - kraj niedoskonały. Wiem to. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich idiotyzmów tam istniejących - od szabatu po brak slubów cywilnych. Ale... jeśli ktoś ma wątpliwości, że jest to jedyny kraj w tej części świata względnie cywilizowany i potępia politykę Izraela wobec Palestyny niech przeczyta poniższy artykuł. Może się w końcu otworzą mu oczy i ujrzy kto jest w konflikcie izraelsko-palestyńskim katem a kto ofiarą. I katem i ofiarą są sami Palestyńczycy. Sami dla siebie.

Fryzjer został aresztowany w palestyńskiej Strefie Gazy, ponieważ strzygł kobiety - poinformowały media. Wielu innych fryzjerów obawia się zatrzymania przez funkcjonariuszy islamistycznego Hamasu, który wprowadza kolejne obyczajowe ograniczenia.
Już rok temu rząd Hamasu próbował po raz pierwszy zabronić kobietom korzystania z usług męskich fryzjerów. W efekcie, w mieście Gaza - stolicy palestyńskiej enklawy - pozostało zaledwie kilka zakładów fryzjerskich, w których klientki mogły być obsługiwane przez mężczyzn, co - jak twierdzą ortodoksyjni muzułmanie - jest niezgodne z Koranem.Fryzjerzy narzekali, że biznes kręci się coraz gorzej, ponieważ kobiety boją się korzystać z ich usług. Ich klientkami były głównie cudzoziemki z organizacji pomocowych, a także nieliczne arabskie chrześcijanki.

Teraz fryzjerzy mówią, że są obserwowani przez tajniaków i boją się, że mogą całkiem stracić zajęcie, a na inne nie mają szans, bowiem bezrobocie w Gazie wynosi powyżej 45 proc. - To moja praca od roku 1984, nie mam innej. Co mam teraz robić? - pytał bezradnie korespondenta BBC Adnan Barakat.Odkąd Hamas przejął władzę w Strefie Gazy w 2007 roku zadeklarował, że skończy z "sekularyzacją i herezją" i będzie prowadzić politykę "powrotu do islamskiej tradycji". Pojawiło się sporo zakazów dotyczących ubioru czy zachowania - zwłaszcza w odniesieniu do kobiet. Nieznani sprawcy napadali i podpalali nawet tzw. letnie obozy na plażach, zorganizowane przez ONZ - dlatego, że były koedukacyjne.

Dwie nastoletnie mieszkanki Strefy Gazy, które przebywały w tym tygodniu w Izraelu na zaproszenie polskich przedstawicielstw dyplomatycznych w Tel Awiwie i Ramallah, skarżyły się, że czują się w Gazie, jak w więzieniu. - Zazdrościłyśmy dziewczynom, że biegają i jeżdżą na rowerach - nam wolno to robić tylko na podwórku, ale co to za jazda - mówiły.- Oni zmienili całe nasze życie, nie ma kin, kobiety nie mogą zapalić sziszy (fajki wodnej), nikt nie może mówić, co myśli - mówił Palestyńczyk z Gazy, przedstawiciel jednej z organizacji pomocowych. Jak twierdzi, z tego powodu wysłał do Egiptu całą swoją rodzinę, która wydostała się przez częściowo otwarte od niedawna przejście graniczne w Rafah. Według organizacji Human Rights Watch, Hamas już od ubiegłego roku nasilił działania na rzecz "islamizacji Gazy", represjonując nieliczne organizacje pozarządowe i "poważnie naruszając wolność osobistą" ludzi.

wtorek, 5 lipca 2011

Damian Niebieski - Mikrotransfery

To niewiarygodne. Ostatnio przeczytałem, że aktywiści homoseksualni w Polsce pokonali drogę ku emancypacji gejów i lesbijek w bardzo szybkim tempie, ucząc się od kolegów i koleżanek z Zachodu. Podobno są skuteczni, bogaci i mają lobby, które przenika wszystkie struktury państwa – urojone i rzeczywiste. I nie chcę roztrząsać, czy to prawda, czy nie. Najważniejsze jest tempo. Jeszcze kilka lat temu przeciwnicy jakichkolwiek uregulowań prawnych argumentowali, że to zamach na prawo naturalne, zboczenie, dewiacja. Dzisiaj nawet w Rzepie krytyka polega na wskazywaniu bubli prawnych, których w projekcie ustawy SLD nie brakuje. Jest postęp – szkoda, że teraz działa zostały wycelowane w dzieci, z rodzin homoseksualnych.

Pojawił się jakiś irracjonalny lęk, który nakazuje konserwatystom chronienie tradycyjnego małżeństwa przed jego nowymi formami. Formami, które przecież istnieją od dawna w ramach konkubinatu, niezalegalizowanych związków homoseksualnych, a co więcej: rodzin hetero- lub homoseksualnych, w których jedynie ojciec czy matka wychowuje swoje potomstwo. Reakcja jak zwykle jest spóźniona, a głos zabierają najmniej zainteresowani. Na przykład Terlikowski, który na kanale youtube Frondy utożsamia gejów z bolszewizmem i domaga się normalności. Jakiej normalności? Czyjej i której? O tym już nie mówił, bo za dużo czasu zajęła mu analiza natarczywości środowiska homoseksualnego i rzucanie gazetą po ścianach. Gdyby zmiany i działania rzeczywiście działy się tak szybko i przebiegały tak sprawnie, jak to lubią przedstawiać publicyści prawicowi, to już dzisiaj powinniśmy mieć wszystkie wyrównane prawa, plus pakiet gratisowy w formie becikowego i dekodera cyfrowego polsatu dla każdej homoseksualnej rodziny.

Tak nie jest. Są za to rzekome gotowe rozwiązania: spółki cywilne, umowy cywilne, setki papierów podpisanych u notariusza, oświadczeń i zaświadczeń. Mało nam? Tak, mało. O dyskryminacji przy zapłaceniu choćby jednego grosza notariuszowi nie muszę pisać, bo to każdy porządny człowiek rozumie. Nie muszę udowadniać, że pisanie upoważnień partnerowi do jakiejkolwiek czynności, które w małżeństwie heteroseksualnym nie wymagają takich aktów i są dane z automatu, jest zwykłym draństwem. Forma rozwiązywania związku partnerskiego, która jest w projekcie SLD, jest uwłaczająca. Ja chcę rozprawy sądowej, chcę mieć nie tylko możliwość zawarcia legalnego związku, ale sprawiedliwego rozwiązania. I naprawdę nie obchodzą mnie koszty finansowe, taki argument jest po prostu żenujący. To dyskryminacja. Ta sama, którą Rydzyk posługiwał się ostatnio w Brukseli, a publicyści konserwatywni zasłaniają się w obronie tradycyjnego modelu rodziny. Prawica przejęła pojęcia znane dotąd z lewej strony sceny politycznej, sama pewnie nie zdając sobie z tego sprawy. Nieważne, że wykluczonymi nazywają „Solidarnych 2010”, a dyskryminację widzą w „lewackiej propagandzie”. Przejęcie pojęć zmieniło w pewnym stopniu styl prowadzenia dyskusji.

A co zmieniło się w nas samych? Ilość osób deklarujących uczestnictwo się pod wydarzeniem o wysyłaniu maili popierających związki partnerskie do Sejmu nie przekroczyła 10 tysięcy. Ilość osób zapisanych do oglądania zaćmienia księżyca 15 czerwca – przeszło 130 tysięcy uczestników. W tym moi homoseksualni czy biseksualni znajomi, których w pierwszym wydarzeniu nie widziałem. Jeśli traktować Facebooka jako miernik społecznego zaangażowania (w większości młodych osób; obojętnie, jakiej orientacji), to jest gorzej niż źle. Na szczęście mamy telewizję śniadaniową, ona nas uratuje. Między kotletem, a reklamami – migniemy. I chwała jej za to.

Źródło: Homiki.pl

Prorodzinie

Nie ma bardziej 'prorodzinnego' stanowiska niż chęć rozszerzenia wartości rodziny na tych wszystkich, którzy ją szanują, a którym prawo na razie odmawia tego dobrodziejstwa.

Jakie procesy myślowe, poza impulsem każącym na wszelki wypadek wołać 'nie' na wszystko, co nowe, prowadzą niektórych publicystów, polityków i prawników do tezy, że uznanie małżeństw homoseksualnych stanowi zagrożenie dla tradycyjnej rodziny?

Celowo piszę o 'małżeństwach homoseksualnych', choć na porządku dziennym staje dziś w Polsce tylko sprawa związków partnerskich zarówno homo-, jak i heteroseksualnych. Ale chciałbym iść dalej - interesuje mnie opór naszych konserwatystów wobec wszelkiej legalizacji relacji homoseksualnych czy to w łagodnej wersji (związków partnerskich), czy w wersji silniejszej - małżeństw jednopłciowych.

Wiem, że ustawa zaproponowana przez SLD tylko marginalnie dotyczy związków partnerskich tej samej płci. Jej statystycznie głównymi beneficjentami byliby ludzie żyjący w związkach niemałżeńskich, którzy nie mogą lub nie chcą zawierać małżeństwa. I histeryczna reakcja konserwatystów, ignorująca ów niehomoseksualny wymiar proponowanej ustawy, jest tyleż przewidywalna, co bezmyślna - dopatrują się zamachu na rodzinę w propozycji tak łagodnej i umiarkowanej, że w wielu krajach Europy i w wielu stanach amerykańskich jest już normą. Ale nie u nas.

Demolka małżeństwa?

'Jaki sens ma podważanie statusu małżeństwa - a jest ich dziś w Polsce 9 mln - po to, by wzmocnić uprawnienia kilkudziesięciu tysięcy nieformalnych związków?' - pyta red. Marek Domagalski i z aprobatą cytuje słowa adwokata Jerzego Naumanna: 'Konsekwencją takiej nowelizacji byłoby nie tyle sformalizowanie konkubinatu, ile bardzo poważne zdeprecjonowanie małżeństwa, które jest elementem ładu społecznego' ('Przedwyborcza demolka małżeństwa', 'Rzeczpospolita', 7 czerwca). Ale jak sobie owi myśliciele wyobrażają związek przyczynowo-skutkowy między uznaniem związków partnerskich (lub idąc dalej - małżeństw homoseksualnych) a zdeprecjonowaniem roli rodziny, gdzie mamusia plus tatuś plus dwójka dzieci?

Osobliwością dyskursu konserwatywnego jest to, że owa teza o rzekomym podważeniu rodziny przez związki partnerskie zawsze pozostaje na poziomie wypowiadanego z poczuciem głębokiego przekonania dogmatu, ale nigdy nie jest wyjaśniona, a zatem funkcjonuje jako banał, tyle napuszony, co pusty. W istocie, nasi konserwatyści nie dostrzegają, że teza o deprecjonowaniu rodzin ich ośmiesza, bo oparta jest na niewyartykułowanych przesłankach, które im, konserwatystom, winny być całkowicie obce. Ta praca myślowa zdaje się jednak być ponad ich możliwości. Pomogę im.

Są dwie, jak mi się wydaje, możliwe interpretacje tezy o deprecjonowaniu małżeństwa tradycyjnego przez małżeństwa homoseksualne. Pierwsza interpretacja dotyczy symbolicznego znaczenia rozszerzenia definicji małżeństwa. Być może konserwatyści uważają, że takie rozszerzenie stanowi rodzaj 'rozmycia' symbolicznej wartości małżeństwa jako podstawy ładu społecznego. W istocie, tak właśnie pisze Domagalski: 'Status małżeństwa, które jest podstawą rodziny, zostałby rozmyty'.

Symboliczny kod

Ale dlaczego rozszerzenie jakiejś prawnej relacji miałoby prowadzić do osłabienia jej symbolicznej wartości? Argument symboliczny zdaje się prowadzić do wniosków wręcz przeciwnych. Fakt, że wielu ludzi, obecnie prawnie wykluczonych z dostępu do tego statusu, bardzo chciałoby uczestniczyć w pewnym ważnym kodzie kulturowym, jaki związany jest w naszej cywilizacji z pojęciem małżeństwa, jest hołdem oddanym tej instytucji, a nie jej podważeniem. Przecież nie muszą.

W wielu państwach związki partnerskie dają partnerom faktycznie te same uprawnienia, co małżonkom. A jednak małżeństwo ma pewne kulturowe konotacje: stanowi kapitał symboliczny, istotny w naszej kulturze, ważki może nie dla wszystkich, ale dla wielu. Jeśli ludzie dotychczas niemający dostępu do tego kapitału, chcieliby z niego skorzystać, świadczy to tylko o sile i żywotności tego kodu kulturowego. Rozszerzenie jego dobrodziejstw jest uznaniem i wzmocnieniem symbolicznej siły małżeństwa, a nie deprecjonowaniem.

Dlatego oczywistym nonsensem jest wypowiadana bezrefleksyjnie przez konserwatystów teza, jakoby postulat związków partnerskich (nie mówiąc już o małżeństwach homoseksualnych) miał charakter 'antyrodzinny'. Socjolog i były senator PiS-u Antoni Szymański, pisząc o 'zwalczaniu rodziny' przez 'środowiska antyrodzinne', tak definiuje niecne zamiary tych środowisk: 'Małżeństwo mężczyzny i kobiety nie może być - ich zdaniem - niczym szczególnym i dlatego zabiegają o legalizację tzw. związków partnerskich osób tej samej płci' ('Rzeczpospolita', 28 czerwca).

W istocie jest dokładnie na odwrót. Gdyby osoby pozostające w związkach jednopłciowych rzeczywiście tak nienawidziły rodziny, jak sugeruje to Szymański i inni rzekomi 'obrońcy rodziny', to dlaczego zależałoby im na przyjęciu rodzinnego kształtu dla swojego związku? W samej rzeczy, nie ma bardziej 'prorodzinnego' stanowiska niż zamiar rozszerzenia kulturowej wartości rodziny na tych wszystkich, którzy ją poważają, a którym prawo dotychczas odmawia tego dobrodziejstwa.

Wysysanie małżonków?

Druga interpretacja tezy o 'osłabieniu rodziny' przez dopuszczenie małżeństw homoseksualnych (lub choćby tylko związków partnerskich) jest jeszcze bardziej osobliwa. Konserwatyści najwyraźniej przypuszczają, że w wyniku umożliwienia usankcjonowanych prawnie związków jednopłciowych, tradycyjne małżeństwo heteroseksualne w jakiś sposób straci na swej atrakcyjności, a przez to będzie takich małżeństw coraz mniej, a te, które już są, będą mniej trwałe.

Jest to teza już nie symboliczna, ale - nazwijmy ją tak - empiryczna. Małżeństwo tradycyjne jest zagrożone faktem dopuszczenia małżeństw homoseksualnych - twierdzą stale krytycy związków partnerskich i małżeństw homoseksualnych. Jak inaczej rozumieć stale powtarzaną mantrę, że związki partnerskie i małżeństwa homoseksualne to zagrożenie dla rodziny tradycyjnej?

Niewypowiedzianą, ale konieczną przesłanką takiej prognozy jest uznanie, że siłą małżeństwa heteroseksualnego jest jego bezalternatywność - rodzina tradycyjna trzyma się dzięki temu, że małżonkowie nie mogą być 'wyssani' do innego typu związków. Gdyby więc mąż miał stworzone prawne możliwości zawarcia związku homoseksualnego, prawdopodobnie by z tego skwapliwie skorzystał, w ten sposób rozbijając swą dotychczasową rodzinę.

Idiotyzm takiego rozumowania jest oczywisty, gdy tylko się je wyartykułuje. Heteroseksualiści pozostają w związkach dwupłciowych nie dlatego, że nie mają innej legalnej możliwości, ale dlatego, że taka jest ich orientacja seksualna; homoseksualiści łączą się w pary nie dlatego, że prawo im na to zezwala, ale dlatego, że jest to zgodne z ich uczuciami i pragnieniami. To są rzeczy aż nadto oczywiste. Przekonanie, że gdyby tylko pozwolić, ludzie zaczną masowo uciekać w kierunku związków homoseksualnych, opierać się musi na obawie, dziwacznej u konserwatystów, że homoseksualizm jest orientacją dużo bardziej rozpowszechnioną, niż wskazywałyby na to statystyki tradycyjnych związków małżeńskich.

Brak wiary w rodzinę

Prawdziwie paradoksalna jest nieufność konserwatystów - niby rzeczników rodziny i małżeństwa - w siłę i prężność tradycyjnej rodziny. Silna rodzina nie potrzebuje braku alternatyw dla zachowania swej atrakcyjności, tak jak dobre państwo nie musi zamykać swych granic, by uniemożliwić emigrację. Tylko przyjmując bardzo pesymistyczną opinię o witalności rodziny tradycyjnej, konserwatywni krytycy związków partnerskich mogą przypuszczać, że będą one dla niej zagrożeniem.

Co ciekawe - te niewysłowione przesłanki argumentów 'obrońców rodziny' nie są przedmiotem dyskusji publicznej. Tymczasem często najlepszą krytyką jakiegoś stanowiska jest ukazanie absurdalności założeń, które - choć niewyartykułowane otwarcie - są niezbędną jego przesłanką, i które kompromitują tych, którzy to stanowisko wyrażają.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Bogate państwo i ubóstwo kleru

Arcybiskup Sławoj Głódź nie zapłaci ani grosza za działkę wartą 450 tys. zł. To Gdańsk dopłaci arcybiskupowi.

O tym, że prezydent Gdańska postanowił przekazać parafii św. Ignacego Loyoli na Oruni działkę o powierzchni 3300 m kw. pisaliśmy przed miesiącem. Nieruchomość wartą 457 tys. zł odda bez przetargu za jeden procent wartości - czyli 4573 zł - "na cele działalności sakralnej, z przeznaczeniem do łącznego zagospodarowania z obecnym terenem parafii". Działka powiększy ogród arcybiskupa Głódzia przy jego nowej rezydencji przy ul. Brzegi.

Teraz okazuje się, że gmina nie otrzyma nawet tych 4573 złotych, ponieważ kuria naliczyła większą opłatę za umożliwienie publicznego dojścia do cmentarza przy parafii Loyoli. Służebność przejścia została wyceniona na 5175 zł i tu arcybiskup nie był tak wspaniałomyślny, jak władze miasta, i żadnej bonifikaty nie naliczył. W efekcie kuria dostanie jeszcze z miejskiej kasy 602 zł.
- Dojdzie do kompensacji należności - miejskiej za przekazaną działkę - i kościelnej za służebność przejścia przez działkę parafii prowadzącą do cmentarza - potwierdza Halina Płonka, zastępca dyrektora wydziału skarbu Urzędu Miasta w Gdańsku. - Dopłacimy 602 zł.

Przez dziesiątki lat dojście przez kościelną działkę do cmentarza przy oruńskiej parafii nie było dla nikogo problemem. Zresztą trudno sobie wyobrazić, żeby kuria zagrodziła wjazd na cmentarz.

Skąd zatem pomysł na taką "kompensację"? Już wcześniej wiceprezydent Gdańska Wiesław Bielawski przekonywał, że przekazanie działki, która powiększy rezydencję metropolity gdańskiego, to część większej umowy. - Zapisane w niej zostanie, że ksiądz arcybiskup zrzeknie się wszelkich roszczeń do części parku Oliwskiego - przekonywał wiceprezydent.

Wicedyrektor Płonka potwierdza: - Jest wola obu stron, aby rozstrzygnąć i zamknąć kwestię parku Oliwskiego, tylko że treść nie została jeszcze domówiona. Zrzeczenie się roszczeń zostałoby zapisane w pakiecie umów.

Porozumienie nie jest jednak jeszcze przesądzone. - Wierzę, że się dogadamy, jestem gotowy roszczeń do parku się zrzec - powiedział "Gazecie" abp. Sławoj Leszek Głódź. - Należy jednak uszanować własność, jak w państwie prawa przystoi, i ja się o moją [kurii - red.] własność upomnę. Ja z miarką nie chodziłem i gruntów nie mierzyłem, więc nie wiem, czy akurat w takiej formie to porozumienie zostanie zawarte, czy będziemy szukali innych sposobów. Ta transakcja była politycznie kosztowna dla Adamowicza. W czwartek Rada Miasta Gdańska odebrała mu kompetencję do przekazywania Kościołom nieruchomości z 99-procentową bonifikatą. Powodem tej decyzji były ujawnione przez media dwie ostatnie transakcje - oddanie 12 tys. m kw. na kościół przy Wielkopolskiej (za działkę wartą 2,8 mln zł kuria zapłaci 28 tys. zł) oraz wspomniane wyżej przekazanie gruntu na Oruni.

- Tu nie chodzi o brak zaufania do prezydenta, lecz o to, że o tych sprawach dowiadywaliśmy się z mediów - wyjaśnia Piotr Skiba, radny PO. Oficjalne uzasadnienie zmian jest takie, że "nie zachodzą okoliczności, które uzasadniałyby wyłączenie radnych z procesu podejmowania decyzji".

Zgodnie z nowym prawem prezydent Paweł Adamowicz nie mógłby już podpisać takiej umowy, ale zmienione przepisy jeszcze nie obowiązują - wejdą w życie za ok. dwa miesiące.

Ale urzędnicy nie mają zamiaru zwlekać z oddaniem gruntu, gdy nowe prawo zacznie obowiązywać.

- Akt notarialny zostanie podpisany niebawem, myślę, że jeszcze w lipcu - mówi Halina Płonka.

Cytat dnia

Bycie lesbą czy pedałem nie polega na prawie do prywatności; polega na wolności do publicznej ekspresji, na byciu po prostu tym, kim jesteśmy.

niedziela, 3 lipca 2011

Plażowo


Wakacyjnie

5 lat u sąsiadów


W Republice Czeskiej minęło 5 lat, od kiedy geje i lesbijki mogą rejestrować związki partnerskie. Poza Pragą i Brnem ślubną Mekką stało się małe miasto Kladno.

Jak pisze czeski „Denik” w życiu pary gejów i lesbijek przychodzi czas, gdy chce ona prawnie i oficjalnie usankcjonować swój związek. Partnerstwa osób tej samej płci obowiązują w Czechach od 1 Lipca 2006 roku.

Szczęśliwa karta Kladna

Miasto Kladno w Kraju środkowoczeskim (jednym z 14 jednostek terytorialnych) to jedno z miast, gdzie można zarejestrować związek partnerski. "Pary homoseksualne mogą zawrzeć związek w trzynastu innych urzędach. W każdym z powiatów kraju, ale szczęśliwa karta padła na Kladnie" - uśmiecha się Jaroslava Vrňáková, szefowa urzędu stanu cywilnego w Kladnie.

"Małżeństwo jest uroczystością, w której konieczna jest obecność dwóch świadków i urzędnika stanu cywilnego. Oświadczenie w sprawie zawarcia związku partnerskiego składa się przed urzędnikiem stanu cywilnego, ale nie musi być przy tym żadnego świadka. Dokumenty są w obu przypadkach takie same" - poinformowała Vrňáková.

"Osoby tej samej płci mogą zarejestrować związek w sali urzędu, który jest bezpłatny lub w innym miejscu za dodatkową opłatą. Na przykład, byłam zawierać związki na zamku Karlštejn, zamku Točník, w Kutnej Horze i wielu innych interesujących miejscach " - dodała Jaroslava Vrňáková dla „Denika”.

Rzeczywiście, piękne uroczystości

Rejestracji związku można dokonać tylko w obecności dwóch stron. Dokonuje się tego zazwyczaj w sali urzędu poprzez odpowiedź na dwa pytania: Czy nie są znane żadne okoliczności uniemożliwiające zawarcie partnerstwa oraz czy osoby zgadzają się je zawrzeć.

"Większość uroczystości jest średniej wielkości do dwudziestu osób. Zdarzyło mi się jednak, że zawierałam związki w zamkach i pałacach, gdzie były setki ludzi. – powiedziała Jaroslava Vrňáková, która rejestrowała związek znanego piosenkarza czeskiego Pavla Vitka z Janisem Sidovskim na zamku Karlštejn.

"Ten związek zarejestrowałam 3 lipca, trzy dni po dacie wejścia w życie ustawy. Atmosfera była niesamowita. Cała uroczystość była naprawdę piękna. Muszę przyznać, że miałam ogromną tremę, więc wzięłam drink powitalny jaki mi zaoferowano i wypiłam, żeby się jej pozbyć" - powiedziała Jaroslava Vrňáková.

"Oni nawet przysłali mi scenariusz uroczystości i byłam na teście głosu. Przed deklaracją zawarcia związku występowało kilka znanych osób, które wypowiedziały kilka słów albo śpiewały. Uroczystość rozpoczynała się o 13.00, a ja byłam tam od 11.00. Obaj panowie mieli spisane przemówienia, które wypowiadali do siebie jeden po drugim. Potem wymienili obrączki i zaczęły się gratulacje. Myślę, że naprawdę się udało" - powiedziała Vrňáková.

Partnerstwo zawierają głównie mężczyźni

Zarejestrowane partnerstwo przynosi parom wiele korzyści. "Miałam przypadek dwóch mężczyzn, którzy byli razem przez dwadzieścia lat, zbudowali dom razem, a jeden poważnie zachorował. Chcieli zawrzeć związek partnerski, by drugi z nich mógł odziedziczyć dom.”

Ponadto partnerzy mogą reprezentować siebie, mają obowiązek otrzymywać informacje o stanie zdrowia, ulgi podatkowe, ale z drugiej są na przykład odpowiedzialni za długi drugiego z nich" - wyjaśniła Vrňáková.

Partnerstwa zawierają zazwyczaj mężczyźni. W Kraju środkowoczeskim od 2006 roku na osiemdziesiąt par mężczyzn były trzydzieści trzy pary kobiet. Rozwiodło się siedem par lesbijskich i tylko trzy związki mężczyzn. "Mężczyźni wiedzą, czego chcą, a kobiety takie nie są" doszła do wniosku Vrňáková.

piątek, 1 lipca 2011

Upośledzona logika Derlatki

Odnoszę wrażenie, że Rzeczpospolita oraz Uważam rze postanowiły przygarnąć wszystkie homofobiczne szumowiny. Rozpasały się na ich łamach niczym stado baranów i beczą, bo do powiedzenia poza beczeniem nic nie mają. Między nimi beczy Marek Derlatka w tekście "Geje mogą wychowywać dzieci". Przykre to i urągające dziennikarstwu, gdy drukuje się artykuł autora, który ma problemy z elementarną logiką. Pseudoargument Derlatki, że „dopiero 17 maja 1990 r. Światowa Organizacja Zdrowia (…)” usunęła homoseksualizm z listy chorób i ztego powodu homoseksulizm można traktować jako zaburzenie i do tego psychiczne jest jakim smutnym żartem. To tak jakby ktoś powiedział, że dopiero w XX wieku kościół katolicki zrehabilitował Galileusza i dlatego należy Galileusza nadal potępiać. Nie ma znaczenia, że dane stanowisko pojawiło się stosunkowo niedawno. Tak samo niedawno zniesiono apartheid, ale trzeba być idiotą, żeby wnioskować z tego, że byl to sluszny system. Autor cytuje dalej dwa zdania za Amerykańskim Towarzystwem Psychologicznym i dostrzega w nich sprzeczność. Następnie buduje na tym spostrzeżeniu lwią część swojej argumentacji. Świetnie, tyle tylko, że między cytowanymi zdaniami nie ma żadnej sprzeczności! Pan Derlatka ma problemy z rozumieniem czytanego tekstu. Śmiesznym jest też pisanie przez Derlatkę o przejmowaniu "stylu życia" homoseksualistów przez wychowywane przez nich dzieci. Jaki to „styl życia” może powielać dziecko wychowywane w rodzinie, której obydwoje rodziców są tej samej płci? Jeśli chodzi o sam homoseksualizm, to nie jest to styl życia, tylko orientacja seksualna, a więc coś na co nie mamy wpływu. Jeżeli chodzi o jakieś inne cechy, to patologia nie jest związana z orientacją seksualną. Mój styl życia polega na tym, że razem z partnerem pracujemy, wieczorem wspólnie jadamy koleacje, wyjeżdzamy często na urop, dużo podróżujemy, uwielbiamy kino europejskie, lubimy pielęgnować rosliny w ogrodzie wokół domu. Dlaczego ten styl życia jest zdaniem Derlatki zły a pary heteroseksulnej dobry nie sposób zrozumieć, bo logiczne myślenie nie jest mocną stroną Derlatki. Styl życia mój i mojego męża jest zbliżony do stylu życia każdej heteroseksualnej przeciętnej pary w małym podwarszawskim mieście. Z dumą mogę nawet stwierdzić, że od przecietnej heteroseksualnej pary prowadzę bardziej udane życie - wyjeżdżamy na zagraniczny urlop 3-4 razy w roku i do tego zwiedzamy intensywnie Polskę, mamy pracę w której się spełniamy zawodowo, a i pożycie seksualne daje nam więcej satysfakcji niż u heteroseksualistów, których znamy. I to jest zdaniem Derlatki zły styl życia?! Jak każdemu życzę, by miał choć w połowie tak satysfakcjonujący związek jak my.
Po przeanalizowaniu tekstu Derlatki zastanawia nie tylko to, jak osoba, ktora ma problemy z logicznym myśleniem wykłada w szkole wyższej, ale nawet jak sama uzyskała dyplom.


czwartek, 30 czerwca 2011

Dyktatura

Wracając z pracy wysłuchałem relacji z Sejmu dotyczącej zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Miałem wrażenie, że to relacja z kościoła a nie z parlamentu. Dowiedziałem się z ust polityków, że być Polakiem oznacza bycie katolikiem a wyrocznią moralną może być tylko JPdwa. Nie ma się co oszukiwać. Trzeba głośno to powiedzieć: nie jesteśmy cywilizowanym krajem. Żyjemy w kraju religijnej dyktatury.

środa, 29 czerwca 2011

Brednie

Antoni Szymańki w swoim najnowszym artykule w Rzeczpospolitej bredzi. Trudno byłoby znaleźć lepsze słowo niż brednia na opisanie tego, co ma on do powiedzenia. Już na samym wstępie Szamański nazywa gejów i lesbijki mniejszościami antyrodzinnymi, które ograniczają wolności i wartości większości. Nonsens to najłagodniejsze słowo na nazwanie tych bzdur. W czym geje i lesbijki ograniczają heteroseksualistów z artykułu się nie dowiemy. Pozostaje pusty ideologiczny słowotok bez wartości. Autor sugeruje, że geje i lesbijki chcą narzucić swój punkt widzenia heteroseksualistom, co jest także bzdurą. Po pierwsze dlatego, że nie ma czegoś takiego jak homoseksualny punkt widzenia, po drugie dlatego, że nikt niczego nie chce narzucać, a jedynie domaga się poszanowania zasady równości.
Dalej jest jeszcze bardziej „śmieszno i straszno”, gdy czytamy: „Wartości związane z rodziną i monogamicznym małżeństwem są wskazywane od lat jako najważniejsze dla większości badanych przez ośrodki badawcze. Tymczasem mniejszościowe środowiska, w szczególności skrajnie feministyczne, homoseksualne czy skrajnie lewicowe, prezentują w tych sprawach inny pogląd. Z grubsza można powiedzieć, że uznają rodzinę za wspólnotę opresyjną, związaną z patriarchalnym modelem, który należy zwalczać. Małżeństwo mężczyzny i kobiety nie może być – ich zdaniem – niczym szczególnym i dlatego zabiegają o legalizację tzw. związków partnerskich osób tej samej płci.” Czyżby? Gdyby geje i lesbijki uznawali rodzinę i małżeństwo za instytucję opresyjną to nie domagaliby się usankcjonowania związków. Logiczne powinno się to wydawać dla każdego, ale widać dla Szamańskiego nie jest, co bardzo dziwi, zważywszy na to, że jest on socjologiem. Geje i lesbijki zapewne mają często do czynienia z opresyjną rodziną, biorąc pod uwagę, że homofobia rodziców nie jest niestety sporadyczna, ale nawet to nie sprawia, że zwalczają instytucję jaką jest rodzina. Jest bowiem dokładnie odwrotnie. Związki partnerskie są wyrazem dążeń równościowych wynikających z uznania i szacunku dla rodziny i monogamicznego związku. Jest to oczywiste. Gdyby było tak jak pisze Szamański to geje i lesbijki nie domagali się prawnego usankcjonowania związków. Dążenie do legalizacji związków nie wynika z tego, że osoby homoseksualne nie uznają małżeństwa kobiety i mężczyzny za coś szczególnego, ale z tego, że cenią i uznają za szczególny związek dwojga ludzi bez względu na płeć osób tworzących taki związek. Pisanie, że legalizacja związków partnerskich to ograniczanie praw większości jest obrzydliwe i kłamliwe. To, że dwie kobiety czy dwóch mężczyzn prawnie zalegalizuje swój związek nie ma żadnego wpływu na heteroseksualistów i tworzone przez nich związki.
Kreowanie atmosfery zagrożenia przez Szamańskiego to klasyczny przejaw homofobii opartej na uprzedzeniach. Pan Szamański najpierw powinien się zastanowić nad swoimi fobiami i ich terapią a dopiero potem zabierać głos w kwestiach, które go w ogóle nie dotyczą.

wtorek, 28 czerwca 2011

Natural love

Przez oststni tydzień trochę rzeczy mnie ominęło. Przez świat przetoczyła się fala pridów, w Brazylii uznano pierwsze małżeństwo osob tej samej płci, a w Nowym Jorku homomałżeństwa w końcu stały się rzeczywistością. Ostatnia wiadomość to chyba najważniejszy news. Nie jestem fanem USA, ale nie da się ukryć, że od tego, co się dzieje w Stanach zależą trendy w innych częściach świata. Myślę, że zmiana prawa na poziomie federalnym w tym zakresie - choć przed amerykańskimi gejami i lesbijkami jeszcze niejedna stanowa bitwa - jest coraz bliżej. Gorzej sprawy wyglądają w Polsce, gdzie walka o związki partnerskie wciąż wydaje mi się być jedynie ruchem pozorowanym, bez wiary w wygraną. O zapale nawet nie wspomnę. Na koniec filmik o naturalnej miłości:

Ρόδος

Przez ostatni tydzień oddawałem się temu co najbardziej lubię, czyli podróżowaniu. Plan podróży spełniony w 100%. Jeśli komuś odpowiada temperatura blisko 4o stopni w dzień i 25 stopni w nocy to polecam. Jeśli nie znosicie upałów to absolutnie odradzam. Ja do wielkich entuzjastów takich ekstremów pogodowych nie należę, ale widoki, zabytki i jedzenie na Rodos rekompensują mi tę małą niedogodność. Widoki na Rodos będące połączeniem błękitu morza i nieba oraz jasnych, nagich i spalonych słońcem gór dla faceta znad Bzury - takiego jak ja - wyglądają nieziemsko i pociągająco.


Zabytki na Rodos to istne cudeńka - od antycznych budowli w Lindos czy Kameiros poprzez średniowieczne zamki rozsiane na wyspie aż po przekrój epok i stylów w mieście Rodos. Współczesna architektura niestety koszmarna. Totalny kicz i bezguście. Aż dziw bierze, że przodkowie tych ludzie budowali kiedyś takie piękne rzeczy.


Morze cieplutkie, plaże niestety zatłoczone a piasek gorący. Ciała niektórych turystów rozgrzewają do czerwoności. Jeśli szukacie wrażeń plażowo-cielesnych to plaża nudystów w Faliraki jest dla was odpowiednim miejscem. W zagajniku przy plaży tłoczniej niż na samej plaży i bynajmniej nikt nie chowa się tam przed słońcem.



Ogólnie Rodos jak cała Grecja to raj dla turysty. Zamieszkać na stałe tam bym jednak nigdy nie chciał. Trudno bowiem żyć w miejscu, gdzie do najbliższego dużego miasta jakim są Ateny trzeba latać samolotem, gdzie czas jest rzeczą bardzo nieokreśloną, a religijny zabobon i zaściankowość są dominująym stylem życia bez żadnej alternatywy. To miejsce dobre na tydzień, góra dwa. Jestem pewien, że gdyby przyszło mi się tam urodzić pragnąłbym szybko stamtąd uciec i jedynie z rzadka odwiedzać jako turysta, by wykąpać się w lazurowym morzu i nacieszyć oczy piękną przyrodą oraz zabytkami, które pozostawili po sobie przodkowie. Życie na codzień w takim mentalnym skansenie jest stanowczo nie dla mnie.








niedziela, 19 czerwca 2011

Z oszołomami nie powinno się dyskutować

Kazia Szczuka nie zawiodła.Przyznaję jej rację - z katolickimi oszołomami chyba nie warto dyskutować, bo religijna głupota im rozum wyżarła totalnie; obecny projekt ustawy o związkach partnerskich jest minimum z minimum i jest wsteczny; dziwnie wyglądają faceci biegający po Watykanie w dziwnych czapeczkach i ubrankach.



"Ja"

Das Liechtensteiner Stimmvolk sagte klar Ja zum Partnerschaftsgesetz - donoszą media z Liechtensteinu. Ludnosć tego minipaństwa opowiedziała się w trwającym 3 dni referendum za związkami partnerskimi dla par homoseksualnych i zrównaniem ich(poza adopcja dzieci) z małżeństwami. Wynik referendum: 70% za przyjęciem ustawy. Referendum było wynikiem działań koscioła katolickiego i aktywistów katolickich, którzy chcieli zablokowania przez referendum przyjętej przez parlament ustawy o związkach partnerskich. To kolejna porażka katolickich aktywistów i kleru w Liechtensteinie. Rząd od pewnego czasu wprowadza bowiem w życie politykę rozdziału koscioła od państwa i ostro kontruje dyktatorskie zapędy kleru i krytykuje go.


piątek, 17 czerwca 2011

Tomasz Żuradzki - Homolęki posła Gowina

Poglądy posła łączą w sobie katolicką obsesję na punkcie płodzenia dzieci z brutalnym realizmem politycznym

W rozmowie opublikowanej w "Gazecie" 3 czerwca poseł Jarosław Gowin powiedział: "Małżeństwo co do swej istoty nakierowane jest na posiadanie dzieci, choć czasami małżonkowie z tego rezygnują lub - częściej - nie mają takiej możliwości. Związek homoseksualny z istoty wyklucza posiadanie dziecka biologicznego".

Poseł Gowin nie wyciągnął jednak z tej myśli wielu interesujących konsekwencji i bronił się przed wyciąganiem tych konsekwencji przez prowadzącą wywiad Renatę Grochal. Niesłusznie. Jeśli poseł faktycznie nie lubi politycznej poprawności, to powinien rzeczy nazywać po imieniu, bez owijania w bawełnę. Pójdźmy więc zaproponowaną przez niego ścieżką.

***

Jeśli małżonkowie są bezpłodni, to czy wciąż ich związek "z istoty" może być nakierowany na posiadanie dzieci? Oczywiście, że nie. Inaczej musielibyśmy uznać, że jakaś rzecz może być z istoty nakierowana na coś, czego nie jest w stanie osiągnąć. To absurd. A czy małżeństwa, które nigdy nie chciały mieć dzieci, mogą być "co do swej istoty" nakierowane na posiadanie dzieci? Też nie.

Skoro zaś małżeństwu - jak głosi poseł - należą się przywileje z tego względu, że "dźwiga na sobie fundamentalny z punktu widzenia interesu społecznego obowiązek wychowania dzieci", to nie ma żadnych powodów, by udzielać prawnych i finansowych przywilejów tym parom, które nie realizują "istoty małżeństwa", czyli nie wychowują dzieci.

One też - jak dziś pary żyjące bez ślubu lub pary homoseksualne - mogą sobie przecież spisać testament, dać pełnomocnictwo itd. A co do renty rodzinnej, możliwości uniknięcia obciążających zeznań czy szeregu innych problemów - no cóż, "równość nie oznacza identyczności", jak mówi poseł Gowin.

Poglądy posła łączą w sobie katolicką obsesję na punkcie płodzenia dzieci z brutalnym realizmem politycznym czy formą darwinizmu społecznego. System podatkowy ma jego zdaniem służyć realizowaniu "interesu społecznego". Przywileje daje się tym, którzy w zamian są w stanie coś oddać wspólnocie. Na przykład przywileje małżeńskie są uprawnione, bo małżeństwa "produkują" w zamian dzieci, dzięki którym nie tylko zapewniamy sobie przetrwanie gatunkowe, ale i wyższe emerytury za kilkadziesiąt lat, bez konieczności importowania siły roboczej z zagranicy.

Wedle tego rozumowania nie ma jednak żadnych powodów, by dawać przywileje tym, którzy nie są w stanie dać społeczeństwu nic w zamian. Konsekwencją takiego myślenia byłby oczywiście skrajny liberalizm gospodarczy i likwidacja przywilejów podatkowych czy innych form pomocy państwowej dla niepełnosprawnych, niezaradnych czy tak starych, że już nie są w stanie wychowywać nawet wnuków.

Ten pojęciowy zamęt charakteryzujący wypowiedź posła Gowina - z jednej strony pozornie dobroduszny katolicyzm, z drugiej brutalny darwinizm społeczny - jest jednak zrozumiały. Katolicyzm stworzył relatywnie jasne normy regulujące postępowanie jednostek, ale właściwie nigdy nie wypracował spójnego systemu "moralności publicznej". Dlatego dziś istnieją tacy katolicy, którzy opowiadają się za skrajnym liberalizmem gospodarczym, i tacy, którzy są zwolennikami teologii wyzwolenia.

***

Niechęć względem homoseksualistów poseł Gowin próbuje wszakże podeprzeć autorytetem nie teologów czy ojców Kościoła, lecz filozofów, co jest zaskakujące i intelektualnie nieuczciwe. "Od czasów starożytnych - twierdzi - filozofowie mówią o czymś takim jak prawo natury, pewien naturalny (co nie znaczy, że tylko biologiczny, przeciwnie, także duchowy!) porządek moralny". Poseł Gowin nie mówi co prawda, jakoby filozofowie ustalili, które dokładnie reguły miałyby należeć do owego "prawa natury" oraz jakie byłyby "naturalne" zasady interpretacji tych reguł. Sugeruje jednak, że istnieje jakaś powszechna wśród filozofów zgoda co do jakiegoś "naturalnego" porządku biologicznego, a przede wszystkim duchowego, który uznawałby homoseksualizm za "nienaturalny". Takie stwierdzenie jest jawnie niedorzeczne.

Pochodzący z katolickiej doktryny termin "prawo natury" rzadko jest przedmiotem zainteresowania współczesnych filozofów. Zajmuje teologów, historyków idei, niekiedy prawników, a najczęściej błąka się po zakurzonych korytarzach podrzędnych katolickich uczelni. Zaś "porządek moralny" z całą pewnością nie przypomina niezmiennych i obowiązujących niezależnie od kontekstu praw przyrody, które działają bez względu na to, czy je znamy, czy nie.

Oceny moralne są w dużej mierze uwarunkowane biologicznie i kulturowo (czy jeśli ktoś woli - "duchowo"). Przy czym biologicznie czy ewolucyjnie uwarunkowana, a tym samym dość odporna na zmiany jest tylko centralna część wrażliwości moralnej - w szczególności tego typu normy, bez których trudne byłoby biologiczne przetrwanie gatunku czy istnienie wspólnot. Do tego typu norm można zaliczyć właściwie uniwersalną w każdej kulturze i w każdym czasie regułę: nie zabijaj bez powodu dorosłego członka swojej grupy.

Cała reszta reguł składających się na to, co ludzie nazywają moralnością, jest płynna i zależna od okoliczności, kultury czy kontekstu. Kto nie wierzy, niech sam prześledzi, w jak różny sposób Kościół katolicki oceniał pod kątem moralnym dopuszczalność wczesnej aborcji, niewolnictwo czy karę śmierci.

Dziś większość ludzi na Zachodzie i nie tylko, m.in. na skutek postępującej globalizacji, przejawia dość podobną wrażliwość moralną i nic nie wskazuje na to, by ta tendencja do ujednolicania miała się w najbliższym czasie odwrócić. Wedle tej wrażliwości związki homoseksualne uznaje się za równe, także w kontekście przywilejów społecznych, związkom heteroseksualnym. Ta sama wrażliwość podpowiada, że przywileje społeczne nie powinny zależeć od tego, ile dana osoba jest w stanie "zwrócić" społeczeństwu.

Wielu ludzi sądzi dziś, że ta obecna wrażliwość świadczy o doskonaleniu się człowieka, a moralny postęp niekiedy polega na wyzwalaniu się z niewoli naturalnych, tj. ewolucyjnie ukształtowanych odruchów. Ci, którzy wierzą w istnienie obiektywnego ładu moralnego, często uznają, że to właśnie dominująca dziś na Zachodzie wrażliwość znacznie trafniej niż dawna oddaje ów ład. Ich zdaniem poprzednie pokolenia i współcześni przeciwnicy równouprawnienia ulegli złudzeniu, iż normy, które są zgodne z ich prymitywnymi i w pewnym sensie naturalnymi (tj. mającymi ewolucyjne wyjaśnienie) odruchami odrazy do ludzi uprawiających seks w odmienny sposób, muszą być zgodne z jakimś obiektywnym ładem moralnym.

W tym duchu często interpretuje się też zmianę powszechnego nastawienia do homoseksualistów, których jeszcze niedawno na Zachodzie wsadzano do więzienia albo co najmniej skazywano na społeczny ostracyzm. Dla wielu obecne przywileje często zrównujące przywileje par homoseksualnych z przywilejami małżeństw są dowodem postępu niemal analogicznego do tego, który miał miejsce w XVIII i XIX w., kiedy to większość ludzi, często wbrew własnemu interesowi czy "naturalnym" odruchom wrogości w stosunku do obcych uzmysłowiło sobie, najpierw w Wielkiej Brytanii, a potem też w innych krajach, zło niewolnictwa.

***

Wszystko wskazuje na to, że ile by prawicowi politycy czy publicyści nie głosili tez o własnej ścieżce modernizacji, tradycyjnym polskim republikanizmie, nieimitowaniu Zachodu itd., Polacy tę wrażliwość imitować zapewne będą. W tym sensie poseł Gowin może mieć rację, twierdząc, że złożony w Sejmie projekt ustawy o związkach partnerskich jest tylko pierwszym krokiem w stronę zapewnienia coraz większych praw różnym grupom dotąd dyskryminowanym, czego oczywiście z powodów strategicznych wielu politykom mówić nie wypada.

Ujawnione przez posła Gowina lęki przed homoseksualizmem są na poziomie psychologicznym czy ewolucyjnym zrozumiałe. W obliczu zmian zachodzących w zastanej wrażliwości moralnej wielu ludzi czuje się nieswojo, a równe traktowanie tych, którzy są inni i z których zwyczajowo wolno było szydzić, odbiera jako zamach na własne dobre samopoczucie. Poseł próbuje jednak te swoje osobiste lęki, antypatie i uprzedzenia ubrać w kostium rzekomo uniwersalnego "prawa natury" czy "porządku moralnego" i nie tylko je upubliczniać, ale i wprowadzać w czyn. Twierdzi: "Dzieci należy wychowywać w przekonaniu, że zgodny z tym porządkiem moralnym jest związek kobiety i mężczyzny, a nie dwu kobiet czy dwóch mężczyzn".

To stwierdzenie jest ryzykowne, bo po pierwsze, nauczanie takie w świetle dominującej dziś w krajach Zachodu - a wydaje się, że już także i w Polsce - wrażliwości byłoby głęboko niestosowne. A po drugie, nie wiadomo, w jaki sposób poseł chciałby przekazać dzieciom prawdę o tym, jak wiele nasza zachodnia tradycja zawdzięcza tym, którym siłę do życia i pracy dawał popęd względem osób tej samej płci: Platonowi, Leonardowi da Vinci, Oscarowi Wilde'owi, Ludwikowi Wittgensteinowi czy Alanowi Turingowi.

*dr Tomasz Żuradzki - filozof, pracuje w Centre for the Study of Mind in Nature (CSMN) na Uniwersytecie w Oslo, gdzie realizuje projekt badawczy poświęcony naturalistycznym teoriom normatywności


Źródło: Gazeta Wyborcza

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Magda Nogaj - Mimo woli mima

Henryk Tomaszewski wiedział, że umiera na białaczkę. Wybitny choreograf, twórca Wrocławskiego Teatru Pantomimy, postanowił zadbać o swojego towarzysza życia i o bezcenne zbiory zbierane latami
Dwa miesiące przed śmiercią, 8 lipca 2001 roku, reżyser zaprosił do siebie wieloletnich przyjaciół: architekta Mirosława Perza, scenografa Władysława Wigurę i Jerzego C. (zastrzega sobie anonimowość). Tomaszewski poprosił, by byli świadkami spisywania jego testamentu. Zasiadł przy maszynie i czytał na głos, co pisze.

Ponieważ reżyser wielokrotnie zapowiadał, że wszystko zostawi swojemu towarzyszowi życia Stefanowi Kayserowi, przyjaciele specjalnie nie przysłuchiwali się temu, co czyta. Podpisali dokument. Pod testamentem podpisał się też drżącą ręką Karol Henryk Koenig-Tomaszewski.

Swoim spadkobiercą uczynił aktora Stefana Kaysera. Jemu zapisał bezcenną kolekcję unikatowych przedmiotów - zbiór zabawek, szopek noworocznych, książek, mebli i porcelany. Zapisał mu także cały swój majątek - dom w Karpaczu i mieszkanie we Wrocławiu oraz oszczędności.

Na maszynie się nie liczy

Henryk Tomaszewski zmarł we wrześniu 2001 roku. Postępowanie spadkowe rozpoczęło się przed Sądem Rejonowym Wrocław Śródmieście 25 kwietnia 2002 roku. "W ostatnich dniach towarzyszyłem panu Tomaszewskiemu. To ja wezwałem pogotowie. Pan Henryk Tomaszewski zmarł w nocy" - mówił na rozprawie Stefan Kayser. "Testament znalazłem w sypialni, w jego mieszkaniu przy ul. św. Jadwigi we Wrocławiu. Było to już po pogrzebie" - dodał Kayser.

Ku zdumieniu uczestniczących w rozprawie świadków spisywania testamentu sąd uznał, że dokument sporządzony przez Tomaszewskiego nie spełnia wymogów formalnych i zdecydował, że spadek przechodzi na własność Skarbu Państwa, ponieważ zmarły nie miał rodziny.

- Pan Tomaszewski spisał swoją ostatnią wolę na maszynie, nie mieliśmy więc pola manewru, bo polski kodeks cywilny traktuje taki testament jako nieważny. Odręczny podpis w takiej sytuacji nie wystarcza - tłumaczy sędzia Paweł Kwiatkowski.

W aktach sprawy czytamy, że sąd rozważał, czy można przyjąć, że Henryk Tomaszewski "sporządził swą wolę w postaci testamentu ustnego". Przecież czytał go przyjaciołom. Ci zeznali jednak, że go nie słuchali i sąd odrzucił tę wersję.

- To kruczki prawne, których nie rozumiem. Dlaczego nie liczą się podpisy pana Tomaszewskiego i nasze? Jesteśmy przecież świadkami, że pan Henryk spisał ten testament i wszystko przekazał Stefanowi Kayserowi - mówi Mirosław Perz.

Wynieśli i wywieźli

Miesiąc później Stefan Kayser odwołał się od decyzji sądu, ale jego apelacja została oddalona. W maju 2003 roku przyjaciel Tomaszewskiego wniósł pozew przeciwko Skarbowi Państwa. Domagał się zwrotu tego, co zapisał mu Henryk Tomaszewski.

Jednak sąd nie wyznaczył do dziś nawet daty rozprawy - sędzia sprawozdawca jest chora. Tymczasem majątek reżysera przejął już w imieniu Skarbu Państwa Urząd Skarbowy we Wrocławiu.

- Przed domem pana Henryka w Karpaczu stanął duży samochód i zaczęli wszystko wynosić: meble, książki i inne wartościowe rzeczy - mówi zaprzyjaźniona z Tomaszewskim sąsiadka z Karpacza.

- Po wejściu do środka od razu wiedzieliśmy, że to dom kolekcjonera, wszędzie stały dzieła sztuki: obrazy, ceramika, rzeźby. Gdy wychodziliśmy, zostały tylko proste sprzęty typu: kuchenka, stół czy piecyk - wspomina pracownica Urzędu Skarbowego.

Zbiory kolekcjonerskie reżysera Urząd Skarbowy oddał w depozyt do Muzeum Zabawek w Karpaczu i do Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu. Stoją w magazynach popakowane w zaplombowane skrzynie.

- To były zabawki: lalki, misie, koniki, ale też meble i obrazy. W sumie cenne rzeczy, strach było je zostawiać w Karpaczu, bo przecież złodzieje czyhają na takie okazje - mówi urzędniczka.

Wziął tylko psa

Stefan Kayser wyprowadził się do Wrocławia, zabierając ze sobą psa przyjaciela, owczarka niemieckiego Pandora. Jeżeli wyrok sądu zostanie utrzymany, dom w Karpaczu przejmie Starostwo w Jeleniej Górze. - Dom pana Henryka był uroczy, z ulicy trudno było go wypatrzyć, tak był otoczony zielenią. Teraz nie mogę znieść, że stoi i niszczeje. Nie mogę patrzeć na te ciemne, zasłonięte okna. Pilnujemy tylko, żeby nikt się tam nie włamał - opowiada sąsiadka Tomaszewskiego.

Podobny los spotkał dwupokojowe mieszkanie reżysera przy ul. św. Jadwigi we Wrocławiu. - Byłem przy tym, jak komisja opróżniła doszczętnie piękną biedermeierowską sypialnię, wyniosła wszystko z salonu, m.in. barokową szafę i sekretarzyk. Zabrali w sumie około 300 przedmiotów: jakieś 50 lalek, meble, obrazy, porcelanę i szkło - wylicza Mirosław Perz.

Jeżeli pozew Kaysera zostanie oddalony, nieruchomość przy ul. św. Jadwigi przejmie prezydent Wrocławia.

Okrutna decyzja

- Stefan był z panem Henrykiem prawie 30 lat. W chorobie opiekował się nim, był człowiekiem dosłownie od wszystkiego. Teraz został na lodzie. Mieszka w komunalnej kawalerce ze wspólną kuchnią i łazienką - opowiada Mirosław Perz.

Scenograf Władysław Wigura: - Przyjaźniłem się z nimi od zawsze. Stefan był absolutnie oddany Henrykowi, nie miał własnego życia, cały swój czas poświęcał przyjacielowi. Decyzja sądu jest po prostu okrutna.

Stefan Kayser nie kryje żalu. - Pan Henryk zobowiązał mnie do zaopiekowania się jego kolekcją. A pani z Urzędu Skarbowego traktowała mnie jak kogoś, kto nie ma nic do gadania. Najbardziej ubolewam, że cały zbiór został podzielony. Nie wiem, gdzie i w jakich warunkach przechowywane są lalki. A one były najcenniejsze dla pana Tomaszewskiego - podkreśla aktor.

- Zamiast dzielić kolekcję, można było ją zaplombować w Karpaczu do rozwiązania sprawy. Tomaszewski - to nazwisko, które elektryzuje teatromanów na całym świecie, tylko we Wrocławiu robi się wszystko, żeby zmarginalizować jego dorobek. Nasze miasto nie uczyniło nic, żeby ocalić kolekcję - mówi Małgorzata Bruder z Muzeum Miejskiego we Wrocławiu, autorka wielu wystaw poświęconych Tomaszewskiemu. - Nie potrzebujemy wojen, żeby coś zniszczyć.

Związki po wyborach?

- Zbliżamy się do momentu, kiedy związki partnerskie byłyby do zaakceptowania przez większość w przyszłym Sejmie, jak i przez Polaków - powiedział wczoraj premier Donald Tusk

Premier po raz pierwszy odniósł się do złożonego kilka dni temu w Sejmie projektu SLD o związkach partnerskich. Tusk zadeklarował, że związki byłyby do zaakceptowania bez możliwości adopcji dzieci, co - w jego ocenie - było jednym z głównych powodów wątpliwości.

- Sam w sobie nie mam za grosz tolerancji wobec homofobów, również we własnej partii - mówił Tusk.

Projekt SLD napisany we współpracy z organizacjami gejów i lesbijek, nie przewiduje małżeństw homoseksualnych ani adopcji dzieci dla związków jednopłciowych. Daje związkom partnerskim, również homoseksualnym, prawo do dziedziczenia, wspólnego rozliczania się, zasięgania w szpitalu informacji o stanie zdrowia partnera, a także decydowania o miejscu pochówku.

Polska jest jednym z nielicznych państw UE, które nie ma żadnych regulacji dla par jednopłciowych.

Premier zastrzegł, że do wyborów nie ma szans na uchwalenie ustawy. - Wydaje się, że po wyborach będzie znakomity moment, żeby do tego tematu wrócić - zadeklarował. Dodał, że wraz z przepisami trzeba budować kulturę tolerancji dla odmienności, także jeśli chodzi o preferencje seksualne.

Rozmowa z prof. Janem Hartmanem filozofem z Uniwersytetu Jagiellońskiego

Renata Grochal: Ponad połowa Polaków jest za związkami partnerskimi, osiem lat temu ponad połowa była przeciw. Co się stało?

Prof. Jan Hartman: Społeczeństwo zaczyna rozumieć, że jeśli ktoś, korzystając ze swoich swobód, nie szkodzi innym, to do tych swobód ma pełne prawo. Stąd zgoda na związki partnerskie, również homoseksualne.

To jest idea liberalna, która - jako druga po równym traktowaniu obywateli przez państwo - zaczyna przebijać się do społeczeństwa.

Ale nie jesteśmy chyba bardziej tolerancyjni. Gdy zapytaliśmy o małżeństwa gejów, ponad dwie trzecie respondentów było przeciw.

- Chodzi głównie o samo słowo "małżeństwo" - Polacy nie chcą, aby zmieniano znaczenia słów. Jednak czarna propaganda również robi swoje. Społeczeństwo jest uczone, w kościele i na lekcjach religii (za państwowe pieniądze!), że homoseksualizm jest niemoralny.

Na szczęście innym kanałem, poprzez media i kontakty z Zachodem, ludzie zapoznają się z odwrotnym przekazem: że to nie związki homoseksualne są niemoralne, lecz piętnowanie i dyskryminowanie gejów i lesbijek. Powoli społeczeństwo zaczyna się otrząsać z przesądu homofobicznego. Wciąż jednak Polacy rozdarci są między ciemnotą i etycznościa.

Gdy pytamy o adopcję dzieci przez pary jednopłciowe, aż 90 proc. jest przeciw, prawie tak samo jak osiem lat temu.

- Najpierw społeczeństwo musi przyswoić przekaz, że homoseksualizm nie jest złem, a dopiero później przyjdzie refleksja, że wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne niekoniecznie jest gorsze od wegetacji w domu dziecka.

Zresztą ten opór nie musi tkwić w homofobii. Może wynikać ze współczucia dla homoseksualistów jako grupy napiętnowanej. Ludzie wyobrażają sobie, że w rodzinie homoseksualnej dziecko z dużym prawdopodobieństwem może stać się homoseksualne i odziedziczy to piętno.

A może godzimy się na związki partnerskie z praktycznych powodów - bo model rodziny się zmienia? Coraz częściej się rozwodzimy, żyjemy w konkubinatach. I trzeba uregulować sprawy dziedziczenia, wspólnego opodatkowania czy informowania w szpitalu o zdrowiu partnera.

- Okazuje się, że taki "pustynno-rolniczy" monogamiczny model rodziny, od dawna przyjęty w Europie, a polegający na tym, że mężczyzna ma kobietę i jest z nią na zawsze związany małżeństwem, niezależnie o tego, czy się kochają czy nienawidzą, wcale nie jest oczywistością. Można mieć dobre życie w kilku kolejnych związkach i złe w sakramentalnym małżeństwie. Można też zrezygnować z życia w związku, np. z powodów religijnych. Są różne modele życia.

Polacy zaczynają pojmować, że to sprawy prywatne, kwestia osobistego wyboru i ryzyka. Jak śpiewał Stanisław Staszewski: "Bo z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle". Warszawie i Watykanowi nic do tego. Niech przekonują i zachęcają, lecz nic na siłę.

Wierzę, że Polacy tak myślą.

Mniej boimy się Kościoła, który promuje małżeństwa?

- Społeczeństwo jest w trakcie przemiany i tendencja jest taka, że przekaz liberalny zaczyna zwyciężać nad przekazem opartym na przesądach i niezłomnym przekonaniu Kościoła o własnej moralnej wyższości. Liberalna rewolucja moralna polegająca na wyzwalaniu się z ciemnoty i pogardy, w tym dla gejów i lesbijek, w Polsce już się powoli dokonuje. Oczywiście, że to oznacza osłabienie wpływów Kościoła.

Dwie trzecie wyborców rządzącej PO chce związków partnerskich, a mimo to Platforma nie chce uchwalenia ustawy przed wyborami. Strach przed Kościołem?

- PO jest prawicową partią masową, która zawsze będzie przed wyborami mówić to, co wynika z kalkulacji socjotechnicznej. To nie znaczy, że Donald Tusk czy inni liderzy PO nie chcieliby, żeby pary homoseksualne miały równe prawa z parami hetero. Po prostu mierzą w "średnią nastrojów" i nie chcą wojny z Kościołem.

Jeśli chce się mieć elektorat masowy, to trzeba trzymać się mas, a przez to być trochę maruderem w stosunku do warstw najbardziej postępowych i liberalnych.

Dlaczego najwięcej zwolenników związków partnerskich jest w pokoleniu 40-50-latków, a najwięcej przeciwników wśród 18-29-latków?

- Młodzi mają w tym maglu kościelno-szkolnym codzienne pranie mózgu. To jest przekaz, który najczęściej do nich dociera. A jako że młodzież nie jest, wbrew pozorom, szczególnie krytyczna, a za to ma silną potrzebę identyfikacji, bycia w grupie, to mówi takim językiem, jakim nasiąka w szkole i kościele.

Natomiast ludzie dojrzali mają swój rozum i swoje doświadczenie, niejedno już w życiu widzieli i zachowują więcej autonomii. Liderami kultury liberalnej zawsze są ludzie w średnim wieku.

Ale inne badania pokazują, że młodzi są najbardziej radykalni.

- Są najbardziej radykalni w zakresie tego, co im się podsunie do wiary. Gombrowicz nazwał to upupieniem. Młodzież nie ma żadnych szans, żeby się uchronić przed propagandą. Również kulturę liberalną przyjmie w ten sam sposób.

Jak człowiek jest młody, nie ma wyjścia - musi powtarzać to, co słyszy. Bądź mówić z przekory coś przeciwnego, ale i to jest przez propagandę i wychowawców przewidziane. Ze społeczeństwem dorosłych nie mają szans.

Jak wytłumaczyć to, że ponad połowa mieszkańców wsi jest za związkami partnerskimi?

- Struktura wsi się zmieniła. Mieszkańcy wielu miejscowości, które nie mają praw miejskich, to są mieszczanie. Duża część mieszkańców miast wyprowadziła się poza miasto. Zatem podział na miasto i wieś w badaniach jest zakłócony.

A poza tym wieś na wschodzie Polski i wieś pod Warszawą czy Krakowem to coś innego.

Jednak emancypacja następuje również w środowiskach wiejskich. Ludzie jeżdżą po świecie, mają kontakty, surfują po internecie, dociera do nich przekaz szacunku dla prywatnego życia, intymności człowieka, dla autonomii ludzkiego sumienia i prawa wyboru, także złego wyboru, którego konsekwencje trzeba ponieść samemu.

Nie da się już zatrzymać tej liberalizacji?

- Jeżeli się choć raz posmakowało wolności, nigdy się już dobrowolnie się jej nie odda.

niedziela, 12 czerwca 2011

σε παρακαλώ

Mój nastrój dzisiaj:

sobota, 11 czerwca 2011

Roma Europride 2011







Obejrzałem relację z Roma Europride z nieskrywaną zazdrością. 2 miliony ludzi i Lady Gaga - to musi robić wrażenie.







Lady Gaga zakończyła wieczorem w Rzymie Europride. Gwiazda muzyki pop w przemówieniu wygłoszonym ze sceny na terenie antycznego Circus Maximus piosenkarka mówiła: "chcemy być tylko traktowani jak ludzie". Skrytykowała też kraje, w których mniejszości seksualne traktowane są gorzej.

- Walczymy o wolność, sprawiedliwość, zrozumienie, a przede wszystkim chcemy pełni praw- powiedziała Lady Gaga w długim, spokojnym wystąpieniu. - Dla niektórych rządów prawa gejów nie są priorytetem- podkreśliła.

- Wiele rządów na świecie nie zezwala wciąż swoim obywatelom mieć tych praw - zauważyła. Wśród krajów, gdzie mniejszości seksualne pozbawione są pełni praw wymieniła Polskę, a także Litwę, Rosję, Węgry, Liban, państwa Bliskiego Wschodu.

- To nie jest tylko zabawa, pokojowa demonstracja. Tu chodzi o fundamentalne prawa człowieka. Jesteśmy tu, by bronić praw. Musimy iść dalej, w obronie miłości i praw człowieka oraz godności - stwierdziła Lady Gaga.

- Wiele już zrobiliśmy w walce z homofobią - dodała. - Jestem córką odmienności, czuję zobowiązanie moralne, by uczynić ze świata lepsze miejsce - powiedziała Lady Gaga, która akompaniując sobie na fortepianie wykonała następnie swoją piosenkę "Born this way".

„Żądamy ustawy o związkach partnerskich a nie spółki cywilnej” - Parada Równości 2011
















Obawy o to jak sobie poradzą nowi organizatorzy tegorocznej Parady Równości były przez ostatnie tygodnie podnoszone niemal na wszystkich blogach i portalach internetowych. Nie zapowiadało się ciekawie. Na początku był różowiasty plakat dla gejów i tajemniczy drugi dla heteryków, który nigdy nie ujrzał światła dziennego. Oliwy do ognia dolał swoimi wypowiedziami rzecznik parady o tym jakoby celem parady nie były związki partnerskie, za co słusznie spadł na niego grom krytyki. W końcu postulat związków partnerskich znalazł się w oficjalnych celach parady, ale niesmak pozostał. Dzisiejszy dzień był wielką niewiadomą. Byłem pozytywnie zaskoczony, ponieważ parada okazała się świetnie zorganizowaną imprezą. Chyba nigdy jeszcze nie była przeprowadzona tak sprawnie. Ponadto olbrzymi plus za połączenie akcentów rozrywkowych i politycznych. Myślę, że zarówno zwolennicy rozrywkowej wersji parad jak i ci, którzy uważają, że parada powinna być manifestacją polityczną mogą czuć się usatysfakcjonowani.



Bardzo ważnym, a całkowicie pominiętym przez media, było to co powiedział Jacek Adler do polityków wspierających obecny projekt ustawy o umowie związku partnerskiego; „Jako mniejszość LGBT przypominamy: od wielu, wielu lat czekamy na ustawę o związkach partnerskich. Nie chcemy związków partnerskich zawieranych po kryjomu, przed notariuszem!. Chcemy związków partnerskich zawieranych w Urzędzie Stanu Cywilnego! Nie chcemy okruchów z pańskiego stołu. Domagamy się równych praw. Jako obywatele mamy równe obowiązki i powinniśmy mieć równe prawa. Politycy lewicy, wsłuchajcie się w głos całego środowiska LGBT a nie w głos zaledwie kilku osób. Jako obywatele chcemy czuć się w naszym kraju dobrze i bezpiecznie, czuć, że nasze państwo zapewnia nam ochronę, szanuje naszą miłość i nasze związki, bo każda szczera miłość na szacunek zasługuje”. Ujrzeć wyraz twarzy Piekarskiej w tym momencie było rzeczą bezcenną. Wyraźnie można było zaobserwować, jak mina polityczce zrzedła, a samozadowolenie ustąpiło miejsca zakłopotaniu. Uważam, że słowa Adlera przerywające spazmy zachwytów nad prawnym bublem SLD były bardzo trafne i zasługują na brawa. Dobrze się stało, że publicznie zaakcentowano to, że środowisko gejów i lesbijek w Polsce nie jest zadowolone z proponowanych rozwiązań i oczekuje od polityków więcej niż prawnych ochłapów i pokazania się przed wyborami na paradzie. Szkoda, że te ważne słowa przeszły niezauważone i w relacjach w mediach gdzieś zaginęły. A że polscy geje i lesbijki tak jak Adler nie chcą związków partnerskich zawieranych po kryjomu przed notariuszem świadczył dobitnie baner grupy Tel-Aviv z napisem: Żądamy ustawy o związkach partnerskich a nie spółki cywilnej”. Dla mnie to główne przesłanie tegorocznej parady, ważniejsze niż oficjalne hasło "Wszyscy chcą kochać". Mam nadzieję, że politycy SLD dobrze je zapamiętali. Trudno byłoby je im nie zapamiętać, zważywszy na to, że baner z tym postulatem niesiony był tuż za platformą z politykami. Przynajmniej nie będzie im tak łatwo jak dotychczas wpierać wszystkim, że zaproponowane przez nich rozwiązanie minimalistyczne i przez swą minimalistyczność upokarzające nas i nasze związki, są odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczności gejowsko-lesbijskiej w Polsce. Nie są i baner Tel-Avivu to pokazał. Czy coś Piekarskiej i innym politykom lewicy to uświadomi czas pokaże.



Nie ukrywam, że o ile Tel-Aviv spisał się rewelacyjnie to politycy lewicy wypadli podczas parady dość mizernie w mojej ocenie. Było dużo banałów, dużo pustych słów o tolerancji i niemal zero konkretów. Jedynym politykiem, który wyraźnie zaakcentował to, że zamiast półśrodków w formie notarialnej umowy koniecznością jest pełna równość w dostępie do małżeństwa był Janusz Palikot. Wielu oczarował też zapewne tęczowy burmistrz Ursynowa. Co mam o nim myśleć do końca nie wiem. Charyzmę i styl ma, a to już w polityce wiele. Nie można też mu odmówić urody. Ale czy rzeczywiście jest to polityk, w którym można pokładać nadzieję przekonamy się w przyszłości. Mój kredyt zaufania ma.



Teraz o tym, co mi się nie podobało. Nie podobała mi się frekwencja. Ja rozumiem, że Warszawa to nie Paryż ani nie Londyn, ale (cisną mi się w tym momencie na usta niecenzuralne słowa) przecież to dwumilionowe miasto. Gdy na paradę przychodzi tyle osób ile przychodzi to mnie krew zalewa. Nie jest to może bardzo mało, ale spodziewałbym się jednak więcej. I to chyba jedyne „ale”, jakie mam do tegorocznej parady, a właściwie nie da samej parady co do polskich gejów i lesbijek, którzy na portalu randkowym są skłonni pokazać niemal każdemu fiuta i tyłek po 5 minutach znajomości, a boją się pokazać twarz na ulicy. Jest to dla mnie niezrozumiałe. Coś jednak się zmienia. Na tegorocznej paradzie widać było bardzo dużo młodzieży, która reprezentuje zmianę pokoleniową. Myślę, że z roku na rok frekwencja na paradzie będzie większa. Słowa Adlera podczas wystąpienia na paradzie o rzekomej 1000-letniej polskiej tolerancji i braku stosów chciałem początkowo premilczeć, ale uczciwość nakazuje mi jednak tę nieprawdziwą informację sprostować. Stosy były, z tolerancją bywało róznie, ale najczęściej to jej właśnie brakowało. Powstał mit, który choć trzyma się w Polsce mocno to trzeba zanaczyć, ze jest - tak jak kazdy inny mit - po prostu nieprawdziwy. By nie być gołosłownym odsyłam do lektury o Kazimierzu Łyszczyńskim. Warto prześledzić sobie historię Arian i Żydów na ziemiach polskich. Trudno dostrzec tam oznaki tolerancji.



Podsumowując stwierdzić chyba należy jednak, że tegoroczna parada była udana. Było fajnie i sympatycznie. Muzyka ustrzelona w dziesiątkę, co widać było po pląsach tłumu. Według mnie nigdy jeszcze nie było tak kolorowo i tak przyjemnie jak dzisiaj. Odnoszę wrażenie, że nadchodzi nowa jakość. Cieszę się, że dzieje się to przy moim współudziale.

piątek, 10 czerwca 2011

Dlaczego warto

Posiłkując się stroną Arkadiusza Karskiego chcę wymienić dlaczego należy wybrać się na jutrzejszą Paradę Równości.

1. Bo wolno. Gwarantują to traktaty europejskie, konwencje oenzetowskie, Konstytucja RP. Prawo do paradowania wynika bezpośrednio z prawa do wyrażania opinii.

2. Bo jest kolorowo i wesoło. A w tym roku bardzo muzycznie i tanecznie.

3. Bo można spotkać ciekawych ludzi. I nie chodzi o to, że można zobaczyć Raczka z Pacewiczem, ale o to, że jest to doskonała okazja by poznać nowych przyjaciół i spędzić czas w miłym towarzystwie.

4. Tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, że prawo do zgromadzeń jest w Polsce przestrzegane.

5. Parady napędzają turystykę, zwiększają dochody w mieście a więc sprawiają, że wszystkim żyje się dostatniej.

6. Bo jest możliwość zaznaczenia swojej akceptacji dla wszystkich przegiętych i nieprzegiętych, tych w skórach i tych w rożowym lateksie.

I najważniejsze:

7. Parada jest okazją do zamanifestowania naszych postulatów politycznych, których mam nadzieje w roku wyborczym nie zabraknie.

Na koniec ważna uwaga dla homofobów: tak jak wspomniany na początku Arkadiusz Karski nie chodzę na parady, żeby się obnosić. Z dwóch powodów: po pierwsze obnoszę się na co dzień, i parada mi do tego niepotrzebna, a po drugie pójście na paradę nie jest żadnym obnoszeniem. Geje i lesbijki nie paradują po to, aby upublicznić coś, co należy do sfery intymnej? Wręcz przeciwnie - chodzi o uzmysłowienie ogółowi, że sprawy łóżkowe mają na tyle prywatny charakter, że nie mogą być podstawą do dyskryminacji i nie wolno ich wywlekać jako argument. Wychodząc na Paradę sprawy intymne zostawiamy w domu, a mimo to nadal jesteśmy gejami i lesbijkami.

Do zobaczenia jutro pod Sejmem.






Tak dziś było w Tel Avivie. Mam nadzieję, że jutro w Wawie będzie co najmniej w połowie tak radośnie i kolorowo i politycznie jak tam.

środa, 8 czerwca 2011

Mallorca

Ciąg letnich wypraw rozpoczęty.







Zapateryzm widoczny na każdym kroku. I o to chodzi!

Za tydzień z hakiem następna podróż w nowym nieznanym mi jeszcze kierunku. Ale na pewno na południe... :)